niedziela, 31 marca 2019

CONCERT- GODSMACK

Po koncercie tego zespołu miałam tylko dwa wrażenia - było zarąbiście i ekstra. I ciągle mi krążyła jedna myśl  - czy serio ludzie wokół mnie byli zimni(w sensie ciało ) w dotyku, czy może to jednak pot..



Z zimnym ciałem kiedy ciało jest rozgrzane mam wiele wspólnego, tak wiem, dziwny temat poruszam, ale to prawda. Np. w czasie gorączki tak mi się zdarza. Nie jest to jakieś przyjemne zjawisko, ale bardzo mnie fascynujące. A że tegoroczna wystawa Body Worlds wpędziła mnie w rozmyślenia na temat ludzkiego życia i ciała to ten temat również pozostaje ze mną.

Band o którym dzisiaj chcę mówić, zagrał koncert w warszawskiej Progresji. Miejscu, gdzie zapomniałam że się robi niezłe zdjęcia i jest ich przeważnie sporo. Na jedno jak moja towarzyszka koncertowa wypatrzyła, załapałam się w połowie twarzy, a nawet nie. Suma summarum, koncerciwo, było mocno udane, dawno nie przeżyłam tak fajnych pozytywnych uczuć z zespołem którego od jakiegoś czasu słucham, aż nagle pojawiając się  w naszym cebulkowym kraju i dają gig w stolicy. Bosko!

Koncert ogólnie przełożony został z listopada zeszłego roku, spowodowane nagłą śmiercią kogoś z rodziny, ależ złość wtedy miałam, że to taki szmat czasu oczekiwania i wgl ten 2019 rok to jeszcze tak daleeeko, a tu proszę, już prawie tydzień po koncercie, a ja dalej w fajerwerkach.

Supportem zespołu byli Like A Storm. Trochę miałam wrażenie że 2 wokalistów to jednak w tym zespole to już dziki tłum, ale kiedy odezwał się właśnie ten drugi, trochę przypominał mi ze sposobu stania i przede wszystkim włosów, Cobaina, a potem jednego z muzyków Apocalyptica, zrozumiałam że jednak jest im potrzebny bo bardziej mi odpowiadał. Głos wpasowywał się do rytmu zespołu.
Do zespołu z Nowej Zelandii podchodziłam z lekkim niepokojem, trochę smutkiem, że to nie jakaś polska reprezentacja, ale ten niepokój szybko został zażegnany już przy pierwszych, bardziej drugich mocniejszych dźwiękach. Mówią o nich że sa jednym z najbardziej intrygujących zespołów na nowozelandzkiej strefie hardrockowej, bowiem grali już z takimi legendami jak Slayer, Korn, Gojira czy Alter Bridge.
Chłopaki więc podobali mi się, ale co do nagłośnienia ich to coś mi nie grało, ciężko było mi zrozumieć słowa, prócz tego że w każdym kawałku pojawiało się"like a storm". Cieszy mnie że nie tylko ja takie odniosłam wrażenie czytając opinie.


Z racji tego że koncert był wyprzedany, moim skromnym zdaniem, powinni zacząć wcześniej wpuszczać do klubu, bo niektórzy załapali się, albo i nawet nie na suport. Mi tam w sumie zawsze zależy żeby go zobaczyć. A z kolegą ostatnio dywagując na te tematy wywnioskowaliśmy że i tak nic nie pokona ciasnoty w Stodole kiedy jest wyprzedany koncert  o.O Byłam ze 2 razy na takowym i ciężko się ruszyć. Był ostatnio na The Dumplings i tak też się stało.

Ciekawe że z loży wyżej siedzącej ludzie wnioskowali że bawiło się, skakało jakieś 30% ludu tam obecnego, jednak wrażenia pod sceną były zupełnie inne, co potwierdza stwierdzenie - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ;)

Gwiazda wieczoru wyszła nawet chwilę przed czasem jak dobrze pamiętam, więc czas oczekiwania nieco się skrócił, a długie intro spowodowało że czułam że już chce tego żeby włączyli swoje sprzęty i nap*erdalali jak to dało się wielokrotnie klasycznie usłyszeć. Bo w ciągu dnia nie miałam tej ekscytacji, może to taki wiek już idzie, a może tak po prostu ja mam.

Panowie istnieją na rynku muzycznym od 1996 roku i wydali do tej pory 7 albumów.
W latach 2000-2004 mieli swój złoty okres, kiedy to nagrody Grammy dla najlepszego zespołu rockowego spływały do nich w sporych ilościach. Już nie wspominając o takich nagrodach jak Boston Music  Awards, czyli miasta z którego pochodzą. Tam to się działo :D

Setlista była wypełniona największymi hitami zespołu, mimo że trasa promowała ostatni album "When Legends Rise" i w sumie powiem Wam szczerze że mam w tym zespole dwa najulubieńsze kawałki z których zagrali jeden-  Something Different. Piosenka ważna, piosenka piękna, z przekazem przy którym szklą mi się oczy gdy jej słucham.
Pech sprawił, że muzycy zażyczyli sobie, żeby w ten czas właśnie tego kawałka wziąć kobiety na barki, więc pierwszy rząd lśnij czwórką, albo i piątką  pleców dziewczyn i początkowymi światłami z telefonów fanów. Uważam że był to w jakiś sposób magiczny moment.
Długo również moim utworem perełką było Love-Hate-Sex-Pain,  co przekładało się pewnie na to że pomagało mi trochę życiowe problemy przeskoczyć, ale szybko zamienił się na Re-Align, którego raczej nie zagrają jeszcze przez długi czas.

Na koncercie nie brakowało coverów, AC/DC, Metallica czy The Beatles, mimo początkowej niechęci do takiej formy koncertowej podobało mi się w jakiej formie je grali.

Publiczność polska, nie zawiodła, reagowała żywo na każdy głos ze sceny, sami się organizowaliśmy w kwestii np. klaskania i napędzania zespołu do większego poweru.
Nie wiem jak to działa w drugą stronę, chciałabym to odczuć. Bo mówi się, że koncerty to taka wymiana obopólna - artyści dają nam energię, co w zupełności rozumiem i doświadczam, ale że my dajemy artystom ? Chciałabym poznać takie dogłębne zdanie artystów na ten temat. Jakie to uczucie. Czy tak bardzo silne jak u fanów. Jak to jest odbierane.

Przecudownym momentem było kiedy na scenę wjechały kręcąc się dosłownie- dwie perkusje i kiedy Shannon Larkin wraz z wokalistą Sully Erna zapanowali nad sceną dając około powiedziałabym nawet 10 minutowe drum solo. Biorąc pod uwagę, że Sully jest osobą mierzącą metr 68 to za perkusją wyglądał przeuroczo. W ogóle  z wywiadów wydawał mi się takim trochę jajcarzem i najbardziej ruchliwym członkiem zespołu. Nie myliłam się, kontakt z fanami i szaleńczy bieg po scenie z jednego kąta w drugi to znak rozpoznawczy Sully`go.


Takim drugim cudnym już momentem było zaproszenie dziewczynki na scenę z 1 rzędu. Maja, może nastoletnia z tego co się dowiedziałam z mediów społecznościowych nie pierwszy raz miała być okazję. Przypuszczałam początkowo, że pewnie to ktoś od kogoś z członków zespołu bo dziewczynka była mocno odważna i ochoczo skakała. Z drugiej jednak strony miała polską urodę, no i mówiła w takowym też języku. Fajna sprawa.


Mimo przeraźliwego zimna na zewnątrz, ogień ze sceny rozgrzał mnie gdzieś przy trzecim kawałku, gdzie dłonie od klaskania wreszcie się ogrzały. Tak bardzo byłam spragniona koncertu gdzie trzeba będzie skakać wraz z tłumem aby móc utrzymać się na nogach.
Dziwiło mnie jednocześnie to co się działo przy 1ych dwóch utworach gdzie ludzie zachowywali się nie mniej ostro jak pod woodstockową sceną. Byłam tym faktem nieco zniesmaczona, ale jednocześnie dumna, że wciąż daję rade przetrwać :D

Podobała mi się organizacja ewakuowania się do szatni, przy takim tłumie, nie trudno by było się stratować ze schodów, a dzięki puszczaniu ludzi falami, można było odnieść wrażenie że w sprawne 10-15 minut byłyśmy już na zewnątrz, a zawsze jest to dla mnie stresujący moment, bo na prawdę - jakoś nie marzę żeby zostawać w tym tłum wieki czasu. Komfort psychiczny z poczuciem bezpieczeństwa, zapewniony.
To chyba tyle jeśli chodzi o koncert wtorkowy. Niedługo, mam nadzieję że niedługo opiszę kolejny na którym  miałam szczęście być, szczęście bo był wyprzedany :)

PS. Bilet pierwszej piękności to to też nie jest :P


Na koniec łapcie nagranie niestety nie z Wawy, bo nie znalazłam(co w sumie i dobrze i źle świadczy o nas :D ) ale super jakości sprzed kilku dni :)

Enjoy!

xoxo


Cały ten hałas w mojej głowie
Dzwoni, odbija się echem
Z prostą sprawą schodziło zbyt długo...
To nie tak, że nie słucham
Ale ty po prostu cały czas to odrzucasz
I może pewnego dnia mnie nie będzie...

Coś nie tak, coś OK, czegoś brakuje
Coś czarne, coś jasne, coś inaczej
Nie czułaś nigdy potrzeby pogadać ze mną w ten sposób?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz