piątek, 24 listopada 2017

CONCERT- HURTS

Jeżeli kiedykolwiek śniło Wam się, że jesteście na koncercie i łapiecie w zęby różę, to wiedz że coś się dzieje. Zapraszam na wpis po koncertowy po raz piąty tego bolącego zespołu.



Hurts to zespół, który jest moim takim pierworodnym dzieckiem. Takim co ma dopiero 7 lat i wciąż muszę o niego dbać i się troszczyć. Co prawda dopiero w 2012 dowiedziałam się, że mieli swój pierwszy zespół o nazwie Bureau i Daggers. Np. taka ciekawostka, że piosenka "Unspoken" właśnie wzięła się z tamtych zespołów.
Po Unspoken jednak już śladu nie ma. To są inni chłopcy. Mający w sobie dalej czar, ale jest on zdecydowanie odważniejszy.

Na koncert wybrałam się dosyć późno, bo pod Torwarem byłam wraz z moją trójką towarzyszy byłam godzinę przed otwarciem bram. Ale to nic! Koncert i tak zweryfikował nasze lewostronne miejscówki.
Tuż przed samym koncertem skoczyłam z koleżanką do baru Legii. Jest na przeciwko Torwaru, ale trzeba troche się cofnąć i iść wzdłuż stadionu. Bo kibelek halowy był zapchany, co dało się wyczuć, a restauracja zamknięta. OKEY. I w takich momentach doceniam kogoś kto ma przy mnie smartfona, bo ja takiego cuda techniki nie posiadam. Po herbacie za #ozgrozo 8zł, dalej udaliśmy się tuptać pod halą. Rozmowy o tak zwanej dupie maryni trwały w najlepsze i nerwowe odliczanie. Na szczęście dość punktualnie otworzyli te piękne wrota. Znalazłam świetny sposób na kitranie butelek wody. Znaczy się przemycanie. Ale to tylko zimą zadziała. Macie gruby szalik, dziewczyny? To śmiało 330 Wam się zmieści, obojczykiem i brodą podtrzymacie i już. Tam Was nie zmacają, bo tam ogólnie nie macają.
Żółwim, ale nie aż tak bardzo tempem dotarliśmy do środka, a Pan od skanera dwa razy skanował, aż mu inteligentnie podpowiedziałam, że po drugiej stronie biletu również jest kod kreskowy i może by spróbował... udało się.
Z koleżanką zgarnęłyśmy ciuchy pozostałych ludków, którzy poszli na płytę.  I dostaliśmy nawet opaski! <3

Oczekiwanie na support, minęło dosyć sprawnie, ludzie wokół mnie na prawdę byli super, nie jacyś spokojni i sztywni, ale tacy akurat. Bliskość sceny również była dobra. Aczkolwiek zaskoczyło mnie to, że scena była od połowy hali. Ja wiem że mała frekwencja, ale i tak... pierwszy raz z czymś takim się spotkałam. Boczne trybuny były wyłączone, a ludzie siadali na samym tyle. To już bardziej byłoby raźniej do jakiegoś klubu przenieść. Gdzie te piękne czasy, kiedy Hurts byli w Stodole..


Grupa supportująca była z Krakowa.- Bass Astral & Igo. Czyli Kuba Tracz i Igor Walaszek. Igo to było coś co w części moich znajomych wywoływało dzikie spazmy. Bardziej w wymiarze negatywnym niż pozytywnym, choć pod koniec szło mimo wszystko ku temu drugiemu. Zespół uformowałam się rok temu
Z ciekawostki powiem, że wyczaiłam chłopaków na profilu wspieram.to.pl gdzie walczyli o fundusze na swoją drugą płytę, która zakończyła się sukcesem.
Panowie jak sami opisują, iż pierwszą płytę nagrywali w leśnej chatce i kuchni w mieszkaniu. Gdzie laptop i światło delikatnych żółtych lamp, pozwalało im na znalezienie dobrych elektronicznych brzmień. Mnie osobiście również Igo śmieszył, ale z czasem co raz bardziej doceniałam Jego indywidualizm. A pod koniec muzyka chłopaków już w ogóle na "maksa" się rozkręciła. Mimo, ze chłopcy zagadywali do publiczności, to myślę, że jednak muszą nad tym aspektem jeszcze popracować. Ps. fajna okładka.

Nie pamiętam czy punktualnie czy nie, bo już moje podekscytowanie wzięło górę, zespół wyszedł na scenę. Przy chóralnych brzmieniach intro płyty Desire, powodowało wzrost ciśnienia. Okrzykom i wrzaskom nie było końca. Po koncertach w Berlinie, Czechach i na Słowacji, czas na prawdziwą słowiańską wrzawę.
Koncert rozpoczął się jak na każdej zresztą setliście, rytmicznym Ready To Go, które od razu nasz rozgrzało. Mam wrażenie, że koncert podzielony był na takie 3 akty, gdzie pierwszy składał się z klasycznych perełek jak Sunday, Some Kind Of Heaven i Silver Lining(którego się nie spodziewałam, a tak go kocham!), aczkolwiek ta wersja jakoś nie bardzo mi pasowała. Jakoś tak bez emocji, ludzie też wokół tacy dziwni. Halo!  No gdzie te łapki w górze chociiaaaż.
Moje uczucie co do integralności na tym koncercie było takie że było w miarę. Nie bez wzmagającego trudności w oddychaniu tłumu, ale tak akurat. Może dzięki temu, że tak zmarzłam, zimno jeszcze telepało po zakończeniu supportu. Bywa i tak, że zimowa pora to same plusy przedkoncertowe.
Ogromnym zaskoczeniem było usłyszenie Walk Away i w ogóle to, że mi się to podobało! Przed koncertem, około miesiąc przed  sobie zgrywałam kawałki, które w miare są okey. Z niechcianych utworów to tylko Weight Of The World,  za który nie przepadam.
Ucieszyłam się ogromnie ponownie z intro do Better Of Love, czy nowego właśnie Magnificent, które tak mną omotało przy słuchaniu Desire.


W starych kawałkach lubię to że wszyscy je znają, drą się jak mogą. Jak w przypadku Some Kind Of Heaven czy Sunday, gdzie wielokrotnie wspominam, że nienawidzę na płycie, ale na koncercie to skaczę ile wlezie.
Koleżanka zwróciła uwagę na Lights, że się podobało. Mi też się podoba, to taki totalnie czilałtowy kawałek, gdzie nagle wszyscy poruszają się w tylko sobie znanym tańcu. A ruchy Theo na scenie ? To trzeba zobaczyć.
Mam wrażenie że Nothing Will Be Bigger Than Us, zostało nieco urozmaicone jeszcze bardziej niż na trasie Surrender. Choć o to, że dodano tam więcej dynamiczności, co oczywiście totalnie zaplusowało.
Na utworze Rolling Stone jak zwykle miałam iskierki w oczach, to taki ważny utwór dla mnie. Piękny tekst, piękna muzyka. Piękne zielone światła i piękna śpiewająca publiczność.

Zastanawiam się mocno nad tymi dwoma zdjęciami powniżej. Czy to przypadek że Hurts mają tło, jak z nowej płyty DM ? I jeszcze przed koncertem był puszczany jeden z najsłynniejszych kawałków. Jak oni mogli :((



Przyciemnione jeszcze to lepiej wyglądał :o


Cieszy mnie niezmiernie to, że mimo że chłopaki muzycznie się zmieniają i nie wychodzi im to wcale tak źle, to myślę, że gdyby styl ubrań zmienili - nie przeżyłabym tego. Theo był w klasycznym garniturku, a Adam niczym waleczny torreador w czarnych spodniach z czerwonymi pasami po bokach i górną częścią mocno powiększającą mu barki... i z daleka czy na zdjęciach mi się to nie podoba, ale na żywo, no ładne to jest :D

Utworu Illuminated nie było, czyli klasyka na którym sale są rozświetlane światełkami telefonów, ale dumnym zastępcą okazał się być utwór Somebody To Die For. Ludzie tworzący cudne chórki i Panie ciemnoskóre w zespole. Marzenie.

 Oczywiście dumnie machałam, rękami, bo po co w ogóle brać telefon z szatni a propo światełek xD Ciekawostka numer trzy - po 6 latach odkryłam że mój telefon posiada latarkę i już umiem ją włączyć. Brawo dziękuję.

Moim cichym marzeniem jest, aby koncerty kończyły się jakimś innym utworem niż Stay, nie wiem na pewno jakimś spokojnym. Bo na Stay to mam wrażenie że zjadłam już zęby. Fujka.

Podsumowując-podobało mi się. Oceniam jako mocne 8/10. Zresztą, oni zawsze mi odpowiadają, co by nie mówić, a głos zdarty był jak potrzeba. Do tej pory boli mnie gardło, ale nie wiem  czy od roweru, czy może zaczyna się angina. No oczywiście, zbliżają się koncerty to chorobę trzeba zamówić, no bo jak.

Bo jeżeli po koncercie boli Was gardło - to było prawilnie, a jeżeli kostki i nogi - super! Tak powinno być, przeżywanie całą/ym sobą.
 Czułam to fantastyczne po koncertowe uczucie - czyli unoszenie się nad ziemią na skrzydłach skowronków i wśród nich, mimo że powrót o godzinie 0.30 nie należał do najprzyjemniejszych pod względem towarzystwa, to poczułam też w sobie taką nagłą chęć wyjazdu. Ponownego wyjazdu i już tam zostania. Do ulubionego UK. Do języka mało mi znanego, nie rozumienia go, ale chęci poznania. Do codziennego włóczenia się po ulicach choćby Hurtsowego Manchesteru.
 Chłonęłam każde słowo mówione przez Theo do fanów, ich gesty, ich uśmiechy. Tak dobrze mi tam było z UK i z nimi na koncercie. Są tacy moi, tacy swojscy.

Dziś już piątek i czar wciąż jeszcze trzyma. Byle do poniedziałku. A w poniedziałek kolejny, całkiem przypadkowy koncert z wygranego biletu. Szczegóły, najpewniej tuż po.

Na koniec życzę Wam spokojnego weekendu - i nikogo wku.wiającego w pracy. To tyle. Łapcie filmik z koncertu :)

Enjoy!
xoxo




Nie mam już po co żyć
Nie mam jeszcze powodów, by umrzeć
Ale gdy stanę przy szubienicy
Będę patrzył w niebo
Ponieważ nieważne, dokąd mnie zabiorą
Przezwyciężę śmierć
I nigdy nie zostanę zapomniany
Z Tobą u mego boku

2 komentarze:

  1. Ja właśnie za Rolling Stone nie przepadam i nawet koncert tego nie zmienił. Za to Wings bardzo polubiłam, w ogóle uświadomiłam sobie, że mam straszne braki w Surrander!nie lubisz some kind of heaven i sunday? nie miałam pojęcia. Ja SKOH uwielbiam i bardzo ubolewam, że zagrali ją już na samym początku.
    Don_guraleska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. SKOF jest bardzo ładne, ale nie jest dla mnie taka najlepsza z Surrender. Taaak, ten ból zagrania na samym początku, nie ma już potem na co czekać ;)

      Usuń