piątek, 27 października 2017

RECENZJA - PILOCI

Za mundurem panny sznurem, jak mówi polskie przysłowie. I jest ono prawdziwe od zawsze, na zawsze. Bo mundur to symbol siły i sprawia iż mężczyzna staje się bardziej męski. Mundur wciąż jest dla nas uosobieniem władzy, a druga ludzka część, jest wobec niego uległa. Kto zamierza się wybrać, niechaj nie czyta, a kto nie zamierza, niech czyta najlepiej na dworzu, bo dostanie wypieków!



Na musical wybrałam się sama, jak to ja. Jak zwykle też 1 rząd. Bo to przecie jak barierki na koncercie :D
 Z jednej strony byłam cholernie podekscytowana nadzieją, że będą nawiązania do lotnictwa, że będzie go dużo. A z drugiej obawa i lęk, że skoro jest to przedstawienie o miłości to będzie jej ogromnie dużo i się zasłodzę i będę musiała rozłożyć parasol jak grumpy cat i chronić się przed deszczem serduszek.
Jednak nic takiego nie miało miejsca!

W takim ładnym wdzianku dostałam bilet :3



Sam spektakl miałam wrażenie że trwał ze 3 godziny(podobno tak było, ale szczęśliwi czasu nie liczą!) Podzielony był na 2 akty. Równomiernie było to rozłożone...i odpowiednia dawka romantyzmu, takiego wysmakowanego i dramaturgii rozgrywającej się na niebie i na ziemi.
Postaram się po krótce opisać, bo myślę że mogłabym długo. Ogólnie musical opowiada o miłości dwojga młodych ludzi, gdzie rozdziela ich wojna(Bitwa o Anglię), są wzmianki o Hitlerze, strzelaniny, machlojki aby pomóc swoim. Jednakże drugoplanową, a może i takie drugie part one w tym musicalu grają pozostali trzej piloci, którzy również mierzą się ze swoimi miłościami, zarówno do kobiety jak i do swoich kolegów. A mi długo nie trzeba, więc jeden z aktorów od razu wpadł w oko ;)

Jak dla mnie najcudowniejszą, zaraz po głównych bohaterach była postać małego chłopca, który gra ze znaną sobie żywiołowością  i spontanicznością, marzący o lataniu i grający" w grę  o lataniu". Co prawda głównie roznosił gazety, ale pokusić się nawet można o to, że był jakby cichym narratorem spektaklu. Jan, Stefan, Franek i Maks, z których nie przeżył tylko (ah mój!)- Franek, ukazani są również w humorystycznych barwach, byli to młodzi ludzie, a wiec zabawnie uczyli się języka angielskiego stosowanego w lotnictwie, mimo odniesionych ran, poczucie humoru nie opuszczało ich nawet w szpitalu. Kobiety zostały okazane również w świetny staromodny sposób. Stroje, samochody, rowery, wszystko prawie "przed naszą erą", ale taki był wtedy klimat..
ehe.








Cudownymi scenami również były grane te na angielskiej ziemi, kiedy to główny bohatere- Janek, romansuje z Alice Howard- córką Pana Stanforda, który pije 3 herbaty na godzinę. Ale to w końcu ukochana Anglia :)
Podziwiam aktorów grających tam za szybko w zmianach ubioru, wiadomo że większość miała ciuchy z tamtych lat, więc i długie płaszcze potrafiły zasłonić bardziej uboższy strój, ale i tak z pewnością delikatnie poprawki makijażu.. to jak sceneria się zmieniała, wielkie ekrany ledowe przechodziły z gruzowisk w piękny park. Niesamowite ile to wszystko pracy wymaga.


Zaintrygował mnie opis(żeby nie było czytałam tylko ostrzeżenia! nie czytam recenzji przed kinem czy teatrem) tego że będzie pirotechnika. Wodzą swoich bujnych fantazji i podekscytowania młodzieńczego pomyślałam o takiej rodem z koncertu R+ gdzie to 6 rzędów do tyłu czuć powiew ciepła. Ale nie mało się pomyliłam.

Bowiem Teatr Roma, lubuje się w tym aby w każdym ze swoich musicali, przemycić moment spektakularny. I tak np w Upiór w Operze był to spadający żyrandol.
W Deszczowej Piosence, na 1 rzędy padał deszcze. A tutaj na Pilotach? Nie mogło być nic innego niż rozbijający się samolot i ogień na żywo. Można było się tego spodziewać, gdyż zauważyłam dwa małe wystające coś ze sceny. W 1 rzędzie 3 fotele ode mnie siedziała Pani w ciąży, gdzie kobieta nieznajoma jej ostrzegła ją, że tuż przed końcem 1 aktu, będzie moment gdzie może się zdenerwować, wystraszyć. I o dziwo, posłuchała chyba, bo wyszła tuż przed wybuchem. Mili są jednak ludzie.

Także fabułą- bardzo mi się podobał musical. Po spektaklu lubię słuchać ludzi, obserwować ich twarze, czy są zadowolone, czy jednak rozczarowane i zamyślone. Na większości malował się uśmiech. Co bardziej wprawni znawcy teatru, dostrzegli wiele niedociągnięć, jak za duża liczba piruetów jednej z aktorek, gdzie potem śmiała się z tego do końca sceny, albo potknięcie na schodkach. Dla zwykłego widza jak ja, ciężko jest tak dostrzec, aczkolwiek zauważyłam, a raczej udało mi się zauważyć, jak jedna z tancerek zgubiła pałeczkę, którą kręciła w powietrzu, ale wprawienie w zawód i spryt, myślę że w większości pozostało nie zauważonym.
A czy muzycznie się podobał?

Mimo filmowego, po
wolnego tempa, widz nie traci kontaktu z rzeczywistością dzięki muzyce. Starsi wspominają dawne czasy, a młodzi odświeżają lekcje historii nie tylko w staromodnym ubiorze.
Jest taka piosenka w tym musicalu, gdzie w tle stoi samolot, wszyscy ubrani są na granatowo i rapują. To wyszło im tak genialnie. Połączenie trudu pracy nad budową maszyny przez młodych ludzi, radość i właśnie ta muzyka. Mam nadzieję, że do końca postu uda mi się odszukać choć fragment. Cieszę się, że piszę to jeszcze dziś, tuż po, na gorąco!
Nie powiem, że duszy patriotycznej nie mam, bo mam. Wzruszam się w wielu momentach i tak było i dziś, kiedy oklaskiwaliśmy np na koniec obsadę, a potem bohaterowie się rozstąpili i na ekranach wyświetlone były twarze prawdziwych bohaterów. Mega moment. Bo oni, byli inspiracją do tego występu. Nina, dziewczyna z Warszawy zakochana w Janku pilocie i miłość ich która ma oczywiście happy end.
Nie chciałam Wam wszystkiego zdradzać, może ktoś będzie miał ochotę się wybrać czy to będąc tu na miejscu, czy przejazdem w stolicy.
Po obejrzeniu tryskałam energią i nawet na przed przedostatni bus do domu zdążyłam i myśli które mi krążyły to takie, że nie żałuję żadnej złotówki wydanej na to co zobaczyłam.
Teraz pozostaje mi czekać tylko na przyszły rok i kinowy Dywizjon 303 !

Na koniec, na nadchodzący weekend, oczywiście coś muzycznego i musicalowego. Ostatnie 20 sekund filmiku jest to piosenka Pan Hurricane, ta o której Wam wspomniałam że ma domieszki rapu w sobie i nowoczesności i jest to mój faworyt.

Także, trzymcie się ciepło, bo na dworzu taki mały piździernik troszkę, ale mimo wszystko miejcie uśmiechy a twarzy jak Panie poniżej.

Enjoy!

xoxo



3 komentarze:

  1. Serio na "Upiorze w Operze" spadał żyrandol?! Niesamowite! Zawsze chciałam iść na ten musical. Kurcze, tak dawno nie byłam w teatrze, że aż wstyd. Kiedyś częściej chodziłam. Ale zainspirowałaś mnie, może niedługo też się wybiorę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to śmiało ruszaj! :D Post nowy z black metalem już gotowy, choć nie wiem czy Ci przypadnie do gustu to co napisałam :D ale posłucham opinii ekspertki!
      Z opowieści znam z tym żyrandolem :) Kumpela była 2 razy i tłucze do tej pory w swojej mp3 soundtrack z niego :D no a co by nie mówić, muzyka piękna.

      Usuń
  2. Oj taaak, muzyka z "Upiora" jest niesamowita i magiczna! Też mam ją jeszcze gdzieś na mp3 i zawsze chętnie jej słucham, gdy się włączy :)

    OdpowiedzUsuń