wtorek, 25 lipca 2017

London in 4 days.It seems real! part 1

4 dni na które tak beztrosko czekałam, 4 dni które mnie wiele nauczyły. 4 dni dzięki którym człowiek staje się bardziej otwarty,4 dni ze spełniającymi się snami i 4 dni w ciągłym biegu i wiecznym pół głodzie. Lovely!



To był cudowny czas. Mój wymarzony, taki jaki chciałam. Jasne że miałam obawy przed tym, czy będzie tak jak to sobie wyobraziłam, czy może gorzko się rozczaruję. Ale ta gorzka czekolada, była najsłodszą z dotychczas zjedzonych(zeżartych oczywiście).

Miasto wielu możliwości, pełne ciekawych ludzi, ciemnoskórych i śniadych ze śladowymi ilościami o białej skórze społeczeństwa. Kiedy dostałam propozycję, oszalałam z radości. Pare lat temu zawahałabym się, ale nie, teraz to już taka trochę inna Aga, Aga co nie chce stać w miejscu i dać się życiu skopać. A kopie non stop. Jak bachor w brzuchu pewnie. No to zaczynamy z kolejnością jaką wypadałoby :

1.Lotnisko -  Kiedy nasz samolot się opóźnił w Modlinie o ponad godzinę, byłam wściekła, ale już czułam małą adrenalinę związaną z tym że w podróży nigdy nic nie wiadomo, że w Polsce nigdy nic nie wiadomo. Jakimś cudem spowrotem dało się z 5 minutowym opóźnieniem w deszczu wylecieć. A u nas przy dobrej pogodzie nie bardzo. Mój czarny scenariusz który przewidywałam się ziścił. A ja dostałam batona i byłam szczęśliwa. Bo umierałam z głodu, a nie wiedziałam że można wnosić do samolotu jedzenie. Sam swój pierwszy lot przeżyłam dobrze, linia Ryanair zafundowała mi miejsce od korytarza także nie miałam za bardzo wglądu co się dzieje za oknem. Ale za oknem i tak było ciemno, bo już po północy. Najfajniejsze są starty i przyloty. Najwięcej trzęsie. Przyznam się z początku że osstro ściskałam torebkę, gdy wzbijał się w górę a potem skręcał czy opadał, to trochę jak kolejka na Kasprowy.
Kiedy przylecieliśmy na Stansted, byłam lekko mówiąc- spanikowana. Pomknęliśmy we czworo szybko do jakiejś hali gdzie miał na nas czekać M.u którego mieliśmy spać.- wujek kolegi. No nie czekał, ale miałam czas na ogarnięcie brytyjskiej prasy i ogólnie się rozejrzeć i pomyśleć- omójboże- tu nic nie ma po polsku, wszystko jest w obcym języku. A ja tu jestem sama, no niby z ludźmi których znam, ale z dala od domu. A tu wszystko jest takie obce i inne.
Z uśmiechem na twarzy przywitał nas pozytywny M, który mieszka tu ze swoją żoną i synem ponad 15 lat. Piękna sprawa. Szybko przetransportowaliśmy się do specjalnego autobusu, który wywiózł nas spod Przylotów na jakiś parking, gdzie stało auto naszej rodziny. Od razu zwróciłam uwagę i coś mi nie pasowało -yy kierowca po prawej stronie? No tak, ruch lewostronny, ale i sporo miejsca w busie i miejsce na bagaże dwupiętrowe. Pierwszy pozytywny szok za mną.

2.Ogólna komunikacja - Tramwaje ponoć ktoś widział w ubiegłym wieku..( nie no żart) nie będę tak zaczynać swojej historii, tylko powiem prawdę- po prostu ich nie widziałam :D być może krążą gdzieś tam po jakiś mniejszych miejscowościach czy dzielnicach Londynu, ale serio, musiałam wpisać sobie w goglach jak wygląda taki u nich no bo nie wiem.


Underground/The Tube jak kto tam woli i kogo zrozumie jest najpiękniejszą( no dobra, nie chodzi mi tu oczywiście o estetykę bo powstało aż w 1863 roku) ale najpiękniejszą pod tym względem, że jest niezwykle szybkie- to które zapierdziela pod ziemią i trzeba szybko wsiadać i wysiadać bo może zatrzasnąć. Bez wyjścia. Under jak sama nazwa wskazuje jedzie pod. Ale też jest taka piękna rzecz jak Overground, które sobie fruwa nad ziemią, albo zjeżdża pod ziemię, przez co nie da się uniknąć zmieszanego błędnika w uchu, który płata figle jak w samolocie i zatyka uszy a guma do żucia, ratuje słuch od nieprzyjemnego zjawiska.
2 razy nawet udało nam się przejechać DLR czyli Doclaklands Light Railway, coś w stylu naszych kolei mazowieckich, tyle że nie potrzebują...maszynisty. Po prostu chyba jedzie na automacie, taka sytuacja :D
Myślę że czerwoniaki dwupiętrowe to są dobre stare poczciwe autobusy, one na prawdę nic nie zawiniły, ale są tak cholerne wolne... i łatwo można się pogubić w ich rozpisce, jakoś nie przypadł nam ten środek transportu. Choć podróż na samej górze- robi wrażenie :) - Metro ruleeezzz(każdy kolor linii ma w środku swoich pociągów taki sam kolor rurek do trzymania np. i pod koniec pierwszego dnia już miej więcej ogarniałam je :))

Po mieście poruszaliśmy się za pomocą Travel card czyli jednodniowej karty, który uprawniała nas do jazdy wszystkimi środkami. Oyster card- podobno się nie opłacała, a to coś w rodzaju naszej warszawskiej karty miejskiej. Przydatne to. Bo przy większości stacji metra stoją ochroniarze,a w autobusie i tak pan otwiera wpierw 1 drzwi do wejścia gdzie nie ma raczej możliwości na wejście bez biletu) po czym zamyka i otwiera drugie do wyjścia :)


3. Rodzinka i mieszkanie - Jak już wcześniej wspomniałam, rodzinka kolegi  jest jedną z najpozytywniejszych jakie spotkałam w ostatnim czasie. Jest można taka powiedzieć- totalnie zdrowa relacja między nimi. Uprzejmości, miła atmosfera, zero jakiegoś narzekania. Wiecie jak kocham Anglię, jak kocham te ich cegiełkowe niskie domy składające się przeważnie z dwóch pięter. Jak kocham bardzo te ogródki które nie są ogrodzone i te fikuśne numerki na domach. Jak w filmach, zobaczyłam to na żywo. Nawet drzwi takie angielskie, takie białe z szybką, mały przedsionek i szczupłe schodki prowadzące na drugie piętro. Kran na szczęście polski, bez dwóch kurków.

Zostaliśmy po północy ugoszczeni..rosołem i kotletami, bo nic tak nie smakuje po opóźnionym samolocie w srodku nocy jak rosół  - polecam,  ale na to drugie tak w nocy chęci nie miałam, bo już zaczynałam przeżywać że będę spać pod taką angielską pościelą...z big benem i angielskim autobusem*___* ( nie wiem czy kolega tak coś nagadał że chciałabym taką, czy może to przypadek :P )

3.Krajobraz- Ogólny angielski krajobraz jak wiecie - kocham. Te małe domki z białymi okienkami, te wielkie piętrusy, które manewrują i jeżdżą lewą stroną są urocze. Takie typowe. W komunikacji jako tako jest czysto, na smród narzekać się nie da, ale są miejsca gdzie jednak miotają się papiery po ziemi, trochę u nas niedopomyślenia jak mam porównanie. Minusem krajobrazu ogólnego są wiecznie pędzący ludzie. Pędzą i pędzą, myślący tylko o sobie, klapki na oczach mkną do przodu. Najgorzej to czułam się w centrum handlowym w Stratford, podobno jedno z największych. Rozdzieliłam się z kolegą i mieliśmy się spotkać o konkretnej godzinie. Przez pierwsze 15 minut chodziłam wkurzona na ludzi, że tak fruwają. Nie mogłam złapać ich rytmu, wiem że to cecha dużych miast, ale no aaaaż tak?!

Jedna z kolejnych rzeczy wartych uwag- spanie w lato przy otwartych oknach - jest możliwe- jak? Normalnie. Tam nie ma takich dziwactw jak muchy czy komary <3


Londyńskie uliczki, kawiarnie, herbaciarnie, przydrożne sklepiki, antykwariaty - kolejna moja miłość, są przeurocze. Śmieję się do siebie, że więcej narobiłam zdjęć jako takiemu krajobrazowi aniżeli sobie, ale wszystko co nas fascynuje jestem przekonana że warto uwiecznić.
Look Right, Look Left- jedne z najczęściej wypowiadane przez nas słowa -sprawdziły się. Wypowiedziane w głowie - to nie to samo, uwierzcie mi, niesamowicie pomagało, a i tak kolega nie raz za rękę złapał, bo przecież nie w te stronę żem zerknęła.


4.Ludzie - na ogół życzliwi. Nie trafili nam się niemili obywatele, każdy przeważnie pomocny i z tymi urywanymi końcówkami jako tako udało się ich zrozumieć, ale trzeba było się ostro skupić. W londyńskim akwarium nieco mieliśmy jarmarku ze zrozumieniem, ale w grę wchodziły "grube pieniądze" bowiem bile 2 za 1, więc ostra językowa przeprawa :D Od czasu do czasu spotykani angielscy policjanci z charakterystycznymi wysokimi czapeczkami z którymi miałam ochotę sobie zrobić zdjęcie, ale byli za przystojni xD - ale z każdym dniem- uwierzcie mi - człowiek nabiera niesamowitej pewności siebie. Gdy gubiliśmy się, a byliśmy już tak zmęczeni po ponad 10h na nogach, nie miałam wyboru i z tej frustracji sama się pytałam jak gdzieś dojść, każdy kontakt z angielskim typowym językiem był dla mnie jak sztabka złota, cieszyłam się z tego.
Jak już wspomniałam wyżej, jest tam zatrzęsienie czarnoskórych, hindusów, chińczyków...wszystkich narodowości..ale Polaków też słychać, nie jesteśmy jacyś gorsi. Może na zwykłej ulicy w tym tłumie tak nie słychać, ale na lotnisku, czy w centrum handlowym- już tak. Zawsze jakoś tak uśmiechaliśmy się na tę myśl.



5.Co zobaczyliśmy -

1. no oczywiście że Lotnisko. To też jest atrakcja :D

2. Forest Gate - Romford ( wyjaśnię potem czemu) i Harold Wood( na tej ostatniej dzielni - mieszkaliśmy ! )

3.Buckingham Palace(tam gdzie mieszka ta..no wiecie..niby ich Królowa haha )

4.Pałac Westminsterski- Houses Of Parliament, miejsce posiedzień tak jakby naszego sejmu, czyli dla niewtajemniczonych - po prostu Big Ben - w remoncie bo w remoncie ale zawsze coś !

5.London Eye - Millenium Wheel - koło obserwacyjne na południu Tamizy, gdzie najwyższą wysokość osiąga w momencie 135 metrów. Widok przepiękny, szczególnie kiedy jest słońce. Porusza się niesamowicie wolno, około 30 minut się obraca, z zewnątrz robi ludziom zdjęcia dużym aparatem, w środku jest gorąco i mało kiedy się zatrzymuje, płynny ruch, dobra organizacja służb powoduje że wskakuje się i wyskakuje z kapsuły"w biegu".

6.National Gallery - znajdujące się w północnej części Trafalgar Square. Jest za darmo i jest to galeria państwowa mieszcząca ponad 2300 dzieł malarskich, zdjęcia robić można jak nikt nie widzi. Tłumy dzikie, podczas deszczu szczególnie. No i w dodatku wynudziliśmy się jak nigdy. Dobra skrytka. Po prostu trzeba lubić tego typu muzea z malowidłami. No my  - nie bardzo. Wykorzystaliśmy to na posiadówy pod fontanną, która na drugi dzień prawie wylała z powodu ulewy.

7.Whitehall Gardens - ogrody i nie tylko. Spotkaliśmy House Of Guards, czyli Panią i Pana na koniu w poważnym stroju :D + dzięki naszej"sprawnie" działające mózgowej mapie - nie wiedzieliśmy że byliśmy pięć sekund od Downstreet, o tym później.

8.St. James`s Park - park św. Jakuba, jeden z najstarszych parków. Gdzie leżenie na leżaczku kosztuje chyba ponad 2 funty, dlatego oblegane są trawniki wokół nich :D  Park przepiękny, coś jak nasze Łazienki, kaczki różnokolorowe, wiewiórki w dziwnych kolorach i mnóstwo ludności.

9.Sea Life London Aquarium -  placówka turystyczno-edukacyjna, która sąsiaduje z London Eye. Weszliśmy w ramach biletu 2 w cenie 1. W 2010 roku kolekcja zwierząt liczyła ponad 500, a to wszystko zebrane w ponad 2 mln. litrach wody. Warte zobaczenia - szczególnie dla dzieci.

10.Soho - centralna część dzielnicy West End, która słynie z dyskotek, pubów, dzielnica otwarta, tolerancyjna, dla gejów i transwestytów, jest więc dzielnicą snobistyczną w sumie i czerwonolatarnianią, wieczorem może i z chęcią tam bym się wybrała, ale raczej nie sama. Sex shopy są widoczne bardzo często, walka z płatną miłością opłaca się, ale wciąż jej tam nie brakuje.

11.Z Soho graniczy Chinatown -  to po prostu jedna z dzielnic w większych  miastach świata, zamieszkiwana przez skośnookich. Oprócz Londynu, jest też w Los Angeles, Las Vegas, Moskwie czy w Nowym Jorku. No i wszędobylskie azjatyckie zapaaachy...

12.M&M world i Lego World- czyli 2 sklepy trochę oddalone od siebie, ale gdzie wszystko jest kolorowe jak kuleczki czekoladowe, albo z klocków Lego, niesamowicie fajna sprawa!


13 - Picadilly Circus - to skrzyżowanie głównych ulic w dzielnicy Soho, miejsce znajdujące się na wielu pocztówkach. Zdobione jest przez pomnik Anterosa, człowieczka ze skrzydłami.Zrobiłam sobie tam zdjęcie z angielską budką i zgarnęłam darmową gazetkę, coś jak u nas Metro.

14.Oxford Street - największa dzielnica handlowa Londynu. Tam spotykają się zakupoholiczki z całego świata, wędrują i końca nie widzą. Łażą obładowane zakupami jak Japończyki aparatami i głośno po angielsku rozmawiają o tym że jedna kupiła coś drożej a druga gdzieś coś taniej. Ogólnie fajne miejsca, tylko szkoda że zaczęliśmy szukać tu Harrodsa, czyli najsłynniejszego luksusowego sklepu, który był w innej dzielnicy. Ale za to zjedliśmy najpyszniejszą pizzę hawajską w KFC ever. I mieliśmy najsympatyczniejszą ever obsługę w postaci kelnera Hindusa. Oczywiście wszystko po 22, bo my nie jemy po 18. W ogóle.

14. Primark - jakby nie patrzeć - też zwiedzaliśmy! :D Sklep którego u nas nie znajdziecie. Primark Stores Limited, jest irlandzkim przedsiębiorstwem odzieżowym. Popularne jest mniemanie i stereotyp że pół Anglii chodzi ubrane w primarku, że dzieją się tam sceny a la "karp w Lidlu i torebki szaneeel i wiczeeen na święta. Fakt, za czysto to tam nie jest. Ale jest tanio. Sama złapałam tam aż trzy łupy w postaci bluzek.
 No dobra, połasiłam się, ale ciiii. Dwa z nich na zdjęciach (koszula w kratę a pod spodem t-shirt którego bym u nas nie znalazła - z imionami bohaterów serialu Przyjaciele! <3


15.Camden - dzielnica która zrobiła takie na mnie wrażenie jak choćby by zrobiło spotkanie na ulicy Leicester Square Tomka z Kasabian. Tak, to jest dzielnica po której chodziłabym dzień w dzień tydzień - nic bym pewnie nie kupiła, bo za dużo tego wszystkiego, ale wąchałabym ten cały smród który tam jest, oglądała ogromne reklamy, szyldy, podziwiała, wszędobylskie zielsko, ubrała się jak totalna zdzira albo metalówa w samych czarnych majtach i nikt by się za mną nie obejrzał. Shame trochę. Ale taka jest prawda. To rock`n rollowy raj, to miejsce gdzie życie toczy się na pewno 24/7, punk i brytyjska muzyka leci zewsząd i wyjście samej tam po zmroku graniczyłoby u mnie z wyjściem w spódniczce mini do kościoła. Tam, zawędrowaliśmy NO CHOCIAŻ TYLE pod pomnik Amy Winehouse. Jak sam podkreślił rzeźbiarz figurki, pomnik ma nie tylko spełnić marzenie fanów, aby móc sobie zrobić z nią zdjęcie czy ozdobić tę egzotyczną dzielnicę, ale i dawać refleksję na temast tego co Amy spotkało. Niestety nie dotarliśmy pod Jej dom, po wielu włóczęgach, zostałam wręcz wyklęta przez mojego kolegę. Ale ...zabrakło mi odwagi żeby kogokolwiek się spytać o to gdzie jest jej dom :D Czego skutkiem było pojechanie w dziwną część dzielni, której kompletnie nie znaliśmy i gubienie się :P  Na Camden zawędrowaliśmy w sobotę - 22 lipca a więc w przed dzień Jej kolejnej rocznicy śmierci.

16.Abbey Road-Sytuacja ze słynnymi "paskami" po których przechodzili Beatlesi w latach 60tych jest taka, że....musicie mieć nauczkę aby nie kierować się tym że jest taka stacja metra o tej samej nazwie ulicy, a pare stacji nie w tę stronę :D komicznie to wszystko wyszło, towarzyszowi podróży poprawił się humor, a my podekscytowani wyskakiwaliśmy na słynne"zebra crossing" tuż przed autobusem i robiliśmy sobie zdjęcia bądź ludzie nam. Jak mnie poinstruowała jedna z robiących nam dziewczyn - NO NIE TA  NOGAAA, prawaaaa okeeeey gooood! NO TAK. Jak taki"wielki fan" Beatlesów jak ja może nie wiedzieć że oni szli prawą a nie lewą nogą.yhym.
Tuż obok słynnych pasów znajduje się  EMI Abbey Road Studios, gdzie prócz słynnych "bitelsów" nagrywali tam płyty choćby U2 czy Pink Floyd.

17.Tower Bridge - most zwodzony, wielokrotnie mylony z London Bridge( również przeze mnie),zbudowany w wiktoriańskim stylu, jeden z największych atrakcji. Podobno kiedy most ma się wieczorem/nocą podnieść z niebieskiego koloru przeistacza się w czerwony. Szkoda że nie trafiliśmy na taką sytuację, ale rodzinka mówi że za dnia nie robi takiego wrażenia jak właśnie w nocy :)

18.Baker Street - jedna z najsłynniejszych ulic postaci literackich którzy w sumie nigdy nie istnieli. Postacie, które stworzył Doyle -Sherlock Holmes i dr Watson. Zaraz po wyprawie i pomyleniu dróg do Beatlesów, to był nie lada wyczyn przypadkiem trafić na tę ulicę i jeszcze przebiegać przez pasy prawie obok policjantów :P

Więcej grzechów nie pamiętam, ale za to kilka śmiesznych sytuacji:

- Pytając się po raz pierwszy o drogę powiedziałam"how can i get do.... "  .....

- W łazience w kfc powiedziałam do chłopczyka stojącego mi w przejściu "przepraszam" po polsku :P

- Kiedy wysiedliśmy na Abbey Road byłam tak wkurzona tą długą drogą, że ruszyłam od razu  spytać się jakiejś pary, tłumacząc to na polski powiedziałam - przepraszam, gdzie są te słynne paski na których byli beatlesi ? - nie skomentuję. No dobra, może jednak. Nie wiedziałam jak jest zebra na ulicy ale pamiętałam że pasy, paski..to powiedziałam....po czym pan się zaśmiał i nas odesłał do tablicy na peronie informującej o tym - jeżeli jesteś w trakcie"dnia z beatlesami" i dotarłeś aż tutaj, to niestety ale informujemy cię, że to nie jest tutaj. jest to zbieżność ulic, a prawdziwa ulica znajduje się na innej stacji metra. :P

- w kfc jak wcześniej wspomniałam kelner którego spotkaliśmy był najpozytywniejszym kelnerem w moim życiu..śmiechy przy pokazywaniu ile cm ma mieć pizza, albo wieczne mylenie jabłkowego soku dla kolegi zamiast dla mnie a dla mnie pomarańczowego i przy tym jego szczery biały hinduski uśmiech, rozbrajające ;p

- napisałam też że dobrze poznaliśmy miejscowość Forest  Gate i Romford, gdzie po ogromnej ulewie i dniu zakupowym, pociąg nam się rozkraczył, dojechał na stacje i tam pokrążyliśmy nieco, przypadkiem trafiliśmy na jakieś 3 polki, które chyba się znały, ale dwie z nich też nie wiedziały gdzie jest przystanek na autobus  do najbliższej nam miejscowości. Jedna z Pań nie wiedziała trochę jak nam pomóc tłumacząc się że mieszka tu dopiero 2 rok.


Następna część, którą najpewniej wrzucę w czwartek będzie tylko zdjęciowa, jest ich trochę do pokazania, ale warto :)
Mam nadzieję że relacja była w miarę spoko i zarysowałam jako taki mój ogólny zachwyt nad tym wszystkim co brytyjskie i że nie zniechęciłam. Jak coś jeszcze mi się przypomni, to opiszę to w czwartkowym poście :)

Tymczasem enjoy czymś brytyjskim, Panami którzy w piątek byli u nas, a mnie nie było.

xoxo


Wpajano wam prawdę
Kto za was decyduje?
Wy czy wasza religia?
Wasz rząd, Wasze kraje?
Wy patriotyczne ćpuny


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz