niedziela, 23 kwietnia 2017

CONCERT - KING DUDE

Często się zastanawiamy, jak to jest że najlepsze kawałki o miłości wychodzą spod smutnych dłoni i zatopionych serc. Które poczuły się odrzucone, złamane. Czy my, istoty ludzkie mamy w zamyśle znęcanie się nad sobą i nad innymi?

Takie oto przeżycia i rozstania miał bohater mojego dzisiejszego wpisu, czyli Thomas Jefferson Cowfill, Amerykanin, wokalista deathmetalowej formacji Book Of Black Earth, ORVKKL i Cross.

Thomas w swojej twórczości stawia na melodię w stylu americana- czyli gatunku muzycznego wywodzącego się z country, folku i rock n`rolla. Z bardziej znanych artystów którzy czerpali/ą inspiracje z tego gatunku byli choćby Elvis Presley, Bob Dylan czy Johnny Cash.


Na koncert wybrałam się przypadkiem. W sumie na sam koncert nie, ale bilet przypadkiem. Przypominałam sobie nagle że magazyn gitarzysta organizuje nie raz konkursu i łatwo można w nich coś wygrać. Pomyślicie że jestem pewna siebie, ale to nie prawda- to moja intuicja mi podpowiadała- kurde- chyba wygrasz go!
Za 3 dni mail że wygrałam pojedynczą wejściówkę - wohoo!
Oczywiście wpierw przesłuchałam artysty, co by nie mówić żeby w ciemno nie iść i czy mi się w ogóle spodoba, ale nie musiałam sama siebie długo przekonywać, od razu nie tylko wyglądem ale i głosem - oooczarował mnie.

W swoim dorobku ma 6 albumów. Karierę solową rozpoczął w 2010 roku i zgarnął już sporą grupkę fanów. Jednak mam wrażenie że w Polsce jeszcze tego typu artyści są mało znani o czym mogła świadczyć frekwencja koncertu na którym byłam.

 Thomas na koncercie promował swój ostatni wydany album"Sex". Artysta nie ukrywa, że jest tolerancyjny- w swoich tekstach, które sam pisze uwielbia łączyć tematykę erotyczną z kościelną a "Sex" jest tego potwierdzeniem. Jednocześnie zaznacza, że album może nie podejść gustom jego stałym słuchaczom, mogą go znienawidzić, jest trochę inny w porównaniu z poprzednimi miłosnymi, jak mówi w jednym z wywiadów


Bardzo dobre zdjęcia z różnych sesji:




Nawiązując do erotyki warto wspomnieć o tatuażach, które rzucają się w oczy kiedy patrzymy na postać King Dude. Twierdzi, że kiedyś było to jego uzależnienie ale szybko się z niego wyleczył. Patrząc na jego ciało możemy dojść do wniosku że ma zaledwie kilka- ale dużych. A to nie prawda. Posiada kilkanaście mniejszych, a na sesji nie siedzi dłużej niż godzinę, ponieważ ból tatuażu nie sprawia mu przyjemności - stał się wrażliwszy na ból.
Tym samym jak widać, potwierdza się stwierdzenie, że przed pierwszym jesteśmy tak przerażeni że możemy nie czuć bólu, ale wraz z kolejnym, nasze uwrażliwienie skórne- wzmaga się o dziwo.

Powracając szybko na tematy koncertowe, supportami Kinga był Them Pulp Criminals i Drab Majesty.
O ile o tym drugim niewiele wiem, bo tylko to, że gra dream pop, darkwave i elektronikę z synth popem. Jest typem androgenicznym, czyli takim u którego występują cechy zarówno męskie jak i kobiece.
Pierwszy support czyli Them Pulp Criminals, to polski duet. Mówią o nich, że są z Krakowa, ale równie dobrze odnaleźli by się w Tennessee.




Strona Dark Planet najlepiej opisuje to, co tworzą -

"Them Pulp Criminals to rezultat dżentelmeńskiej umowy pomiędzy wokalistą Tymkiem Jędrzejczykiem (Ragehammer, Exmortum, Outre) i kompozytorem Igorem Herzykiem. Obaj od lat tworzą w Krakowie – mieście scen, knajp i rynsztoków; poetów, pijaków i kurwiarzy, od dawna spowitym smogiem artystycznej bohemy. Dotychczasowy, awanturniczy bagaż doświadczeń skłonił ich do obrania zupełnie nowej muzycznej ścieżki.
Piosenki rezonują podupadającym duchem Krakowa. To dark-folkowe opowieści z otchłani widzianej oczami samotnika, historie o dekadencji, namiętnościach, krwi oraz siarce, podane z klasą i zaśpiewane szarmancką frazą"

Kiedy dotarłam pod klub, niewiedziałam co ze sobą zrobić..10 minut do rozpoczęcia supportu a ja w doopie. Poszłam tam gdzie wszyscy= pod wiatę za budynkiem bo padało a tam samochody zespołów stoja i King Dude sobie jara :P no nic, usunęłam się w cień po czym dojrzałam gdzie idą ludki, a większość też nie wiedziała..

Speluna to mało powiedziane :D Ale brawo dla wykonawców zagranicznych że nie bali się i zechcieli zagrać w tak kameralnej małej salce. Ten Pogłos( przy Arkadii) jest tak pokręconym miejscem, że mój boże. Minęłam jakies ciemne pomieszczenia i zeszłam na dół bo kredą ktoś maznął z łaski swojej szatnia, a stanęłam do kolejki po bilet, a właściwie jego brak, no bo z konkursu. Pani sprawdziła dowód, druga postawiła pieczątkę na nadgarstku i spytałam jakiejś laski o szatnię. 2 zł za szatnię, którą otworzyli 5 minut przed rozpoczęciem. Chodzę szukam, do cholery gdzie ta sala- o jest! napis Stage. No to wspinam się znów na górę i jest. Oczy mi z orbit wyszły że takie małe miejsce, a koncert w sumie kameralny trochę wyszedł. Nasi Panowie z Krakowa śmieszkowali sobie że zarąbisty mosh pit można przy ich muzyce zrobić no i dziękują za tak liczne przybycie (ze 30 osób?).


Ogólnie bardzo mi się podobali, szczególnie gitarzysta ukradł mi serce, perkusista to pewnie któregoś wujek bo nieco starszy :p Potuptaliśmy nóżką z 35 minut, po czym po krótkiej chwili wyskoczyli panowie z Drab Majesty. Nie wiem, wydaje mi się że są braćmi, coś tam gadali ale niewiele kojarzyłam z tego co mówili. Ich charakterystyczny ubiór- długie cienkie płaszcze, coś w stylu welonu, i czarny ogólnie strój podkreślały niebieskie włosy, twarz błyszcząca na srebrno, kropki pod oczami i charakterystyczny głos. Na prawdę świetnie mi się ich słuchało, byłam trochę na nie słuchając ich w domu, a tu taki pazur pokazali, bardzo fajne to.
Z 20 minutowym opóźnieniem( myślałam że umrę z bólu nóg ), na scenę wyszli King Dude. Zespół składał się z Tomka- wokalisty, pana klawiszowca, perkusisty, i wisienki na torcie, czyli łysej basistki o cudownych pełnych ustach i uroczym uśmiechu.
Kontakt z publicznością genialny - niektóry kontakt wywołany został na przymus, jak choćby sytuacja taka , że jedno dziewczę za dużo sobie pozwoliło i wypiło, aż sam wokalista prosił żeby coś z nią zrobić bo krzywdę sobie zrobi, dać wody czy coś. Zaczęła się sama wycofywać i nagle upadła- oczywiście przed kim? PRZEDE MNĄ do cholery. Razem z dwoma dziewczynami ją podniosłyśmy , a druga zaproponowała wody, nie chciała, jakiś koleś z ochrony po nią przyszedł. I bardzo dobrze, polskie bydło koncertowe roznosi energia i gadatliwość gdy King prosi o ciszę na sali. Ale chociaż interakcja była dobra.
Stojąc w kolejce do szatni przede mną stał koleś i zainicjował small talk. Z pewnością nieuczyniłby tego gdyby nie to, że miał podchmielone oczęta. Mówił że przepuści mnie bo czeka na dwie dziewczyny- jedną z nich jest ta słynna pijana. Serio? Trzeba% żeby być słynnym? Wg dzisiejszej młodzieży z pewnością.




Jim Beam z gwinta zawsze spoko. Miło się patrzyło na Tomka, jak mu z czasem whisky uderzała do głowy :D


Przecudna basistka, o cudnym uśmiechu(no tu nie bardzo)


Drab Majesty


Zaskoczyło mnie to, jak bardzo w przypadku tego artysty, różnią się wersje na żywo i na płycie. Na żywo jest to bardziej powerowe, full of energy.
Nagłośnienie artyście chyba się podobało, przytaknął z uznaniem - fak je! Właściwie słowo fuck to najbardziej rozumiałam, dosyć często było używane.
Momentami łapałam się na tym, że jak próbowałam przełknąć ślinę, to nie mogłam bo tak powietrze wibrowało. Niezbyt fajne uczucie, pierwszy raz się z czymś taki spotkałam.

Ogólnie koncert uważam za udany, aczkolwiek ludzi w kapeluszach czy czapkach w.erdolkach nie wiem po co, ale było sporo. Miałam wrażenie że trochę z przypadku - jak i ja w sumie. Zadymienie sali pod koniec koncertu papierosami osiągnęło najwyższy level i ile lepiej by się oddychało gdyby właśnie nie to. Cudownie mi włosy śmierdziały i ubranie, cudownie. Ale jak speluna to speluna. W dodatku malutka. Plusem była też bliskość sceny. Ludki niejednokrotnie były upominane żeby sprzętu nie dotykać.

 Całym koncert obdarzony był magiczną aurą pary ze sceny, grą świateł, niesamowitymi przeróżnymi intro przed każdym kawałkiem, który wprowadzał nas w stan totalnej czarnej mszy - a uwierzcie niektóre dźwięki tak przypominały!

Do domu dotarłam około1.35 więc idealnie, zmarzłam okropnie, mimo czapy i rękawic, ale jeszcze zdążyłam zjeść piernika o 2 w nocy, wypić zimną miętę no i rozgrzać się trochę. Zdrowy tryb życia tak bardzo! 

ps. nie chwaliłam Wam się zdjęciem ślyyyyycznego biletu na TDG, który przyszedł 2 tygodnie temu! :3 aw




enjoy!

xoxo


Cóż za marna marność z nadzieją
    Moje serce jest na linii
  Patrząc w tym czasie
  I ja spoglądałem zdziwiony
  Podczas cichej burzy urodziła się w Twoich oczach
  Wszystkie ubrania w czerni i bieli


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz