niedziela, 28 sierpnia 2016

CONCERT - CAPITAL OF ROCK \m/

Wreszcie jestem wyspana...można tak powiedzieć...wstałam o 14.. z myślą że nic nie muszę, nigdzie iść, nigdzie się spieszyć..z piskiem w uszach, po głośnej muzyce z wrażeniami i naładowanymi akumulatorami -  jestem taaka full of energy!



Nie bez przypadku mój blog nazywa się tak, jak się nazywa. "musik is fur alle da", bo to odnośnik do płyty i zespołu jednego z najukochańszych, którego mogłam wczoraj podziwiać po raz drugi na żywo(niestety dopiero po raz drugi), a płyta nosi nazwę"liebe is fur alle da".
Wysiłek fizyczny jaki zapewniła mi 1 edycja wrocławskiego rockowo-metalowego koncertu, jest bardzo duża. Choć nie było jak zwykle, czekania na zespół aby mieć barierki- najwytrwalsi stali już od 4 rano! :O to można było się zmęczyć już samym spacerem wokół choćby stadionu, przy 35 stopniowym upale. Powiem tak..lepszych prezentów na urodziny jak 2 koncerty moich Bogów pomiędzy moimi urodzinami, nie mogłam sobie sama sprawić!


Z Wawy wyjechałam już o 7 rano(nastawiłam się na to już w maju, że będę kolejkować), ale szybko się przekonałam wraz ze zbliżającym się koncertem że chyba nie mam na to siły, a biorąc pod uwagę upał o którym dowiedziałam się 2 tygodnie przed, zrezygnowałam całkiem z tego pomysłu i moich jakże ambitnych planów.
We Wrocku byłam tuż po 12.. choć planowo było troszkę później. 2 dzień zmagań z intymną co miesięcznicą kobiecą dolegliwością również nie uważam za mistrzowski pomysł ze strony mojego organizmu. Fuck You! My body! :D

U siebie na dworcu na Młocinach poczułam już koncertowego ducha. Poczułam w sensie dosłownym, odurzonych % ludzi w czarnych koszulkach, jak również tłumy R plusowców(wat, co za nazwa!) którzy miotali się po bardzo ładnym wrocławskim dworcu.
Na dworcu tym starałam się kupić jakikolwiek bilet na tramwaj, ale nie mieli więc usiadłam zrezygnowana i opędzlowałam swoje kanapki. Kiedy się posiliłam, wymieniałam smsy z koleżanką z którą jechałyśmy. Z tą różnicą, że ja miałam płytę A, a Ona niestety trybunę- czego dalej nie mogę przeboleć! Ale do następnego koncertu R+! Na pewno będziemy już razem! :)
Trafiłam w końcu na normalny kiosk po czym rozpoczęłam poszukiwania tramwaju 31..słynnego, bo tylko On nie ma przesiadek i jedzie prosto na Stadion, podpytałam starszego Pana i z dumą siedziałam już w niebiesko-białym tramwaju. Po czym słyszę jak Pani wyśpiewuje w tramwaju kolejną stację" teatr capitol". Zonk na początku i od razu sms do koleżanki, że taki lol mają tu u nich. Ale okazało się, że tylko ten Teatr tak wyśpiewała, a reszta przystanków już normalnie szła. Strach pomyśleć jak mają operetkowe przystanki brzmieć...
Wraz z tłumem ludzi odzianych w czarne gorące barwy ulubionych zespołów podjechaliśmy pod ogromny stadion miejski który może pomieścić 45 tysięcy fanów i nie omieszkam powiedzieć, że około 40 tysięcy pewnie mogło tam być.



Poszukując jakiegokolwiek cienia, przespacerowałam się wokół stadionu....ulokowałam się pod jakimś mostem(w końcu Wrocław= mosty). Usiadam wraz z innymi koncertowiczami, chłodziłam się, patrzyłam jak dwóch kolesiów z plakietkami Kupię Bilet a za pare metrów była osoba - Sprzedam Bilet xD, kłócą się, że jeden drugiemu terytorium zajmuje. Długopis pożyczałam z 3 razy i zostałam poczęstowana piwem przez ludzi zaciągających po niemiecku- bo oni już idą na stadion a mają jeszcze całe piwo. Nie dziękuję.

Wrocek taki niebieski


Jedziem! :D



Podcienia mostu który uratował mi głowę przed upałem :D Pan Niemiec próbujący mi oddać radlera i Pani której pożyczyłam długopis i życie ponoć uratowałam. PS. I jakiś koleś w toi -toiu  obok mnie, który wciągał..coś..bo tak było słychać .. :o    :D

Cudny dworzec!

Kiedy wybiła 15.30 postanowiłam iść w stronę ochrony i sprawdzania, robiąc oczywiście niewinną minkę przy wnoszeniu wody, którą oczywiście wniosłam bez korka ale z drugim w kieszeni, pozwiedzałam stoiska, merch również, który dupy nie urwał wyglądem...zjadłam zapiekanę z ohydnymi pieczarkami których nienawidzę i oranżadę o zabójczo limonkowym kolorze z lodem awww!

Na Stadionie i płycie kręciło się już sporo ludków.. w końcu zostało pół godziny do 1 koncertu! Profilaktycznie skoczyłam do wc by nie dostać krwotoku i zajęłam odpowiednią pozycję na płycie A. Wow, jak tak się stoi na takiej płycie, to stadion piłkarski(bo jednak to arena stworzona specjalnie na Euro2012 była), wydawał się przeogromny!


Sporo ludzi ubranych w stylówki R+, tona ćwieków na sobie, błyskotek złoto czarnych, wymyślnych makijaży, co bardzo mi się podobało. Jednak dziewczyny co lubią taką muzykę są na prawdę cudne, a faceci to już w ogóle! Ilu ja mężów sobie znalazłam to głowa mała! A na scenie występowało dwóch z różnych zespołów -.-`. Mężów! ;D




Oranżada limonkowa! Tak, specjalnie ją wypiłam, dla przyjemności, żeby za chwilę do kibla polecieć.

O 16.30, bardzo punktualnie pojawił się pierwszy zespół. Polski OCN-Ocean, który powstał 15 lat temu we Wrocławiu i co podkreślali wielokrotnie, jest dla nich dużym przeżyciem występować przed takimi gwiazdami i z dumą że w swoim mieście. Na swoim koncie mają aż 7 albumów, ale znałam może ze 3 piosenki ze stacji radiowych. Ale co by nie mówić, zagadywać do publiczności umieją, a dla mnie taki kontakt jest bardzo ważny. Jak dla mnie występ bardzo udany, choć z początku byłam trochę sceptycznie do nich nastawiona, to myślę, że choć trochę rozruszali publiczność.




Chwilę później wkroczyli na scenę Panowie z zespołu RED, amerykański zespół z Nashville istniejący od 2004 roku, który przedstawiany jest jako grający "chrześcijańskiego rocka" :D Czytając wywiad w gazecie, zapytani o to, mówią, że musieli coś powiedzieć bo dziennikarze się dopytywali..
Chłopacy ogromniee przypadli mi do gustu! Mam wrażenie że z każdym koncertem odkrywałam jakąś nową muzykę, nowy zespół...i co raz bardziej mi się podobały.
Taki zespół RED kojarzył mi się trochę momentami z Linkin Park, wokalista tyle że bardziej spocony... w długim rękawie z ogromnie rudą brodą(gorzej niż Anderson!). Tyle energii ile ma w sobie ten człowiek to elektrownie mógłby zasilić. Przed koncertami zawsze staram się przesłuchać zespoły, których nie za bardzo kojarzę, trochę dzięki instrukcji koleżanki, która ich kojarzyła. Żałuję, że w sumie przesiedziałam ich koncert i dopiero zaczęłam wstawać na Gojira kiedy zostałam zmuszona bo wszyscy stanęli :D Do nich również byłam bojowo nastawiona, nie mogłam zdzierżyć tej mocnej muzyki w wersji mp3, więc na żywo również myślałam że zechcę umrzeć. Tak, chciałam umrzeć, bo pod koniec koncertu było już to dla mnie męczące, raczej dla uszu i głowy który mnie rozbolała, ale przez większość koncertu bardzo mi się podobała ta francuska formacja. Z naciskiem na Jean-Micheal Labadie, czyli francuskiego basistę zespołu. Ah, jak On wygląda..co On wyprawiał z tą gitarą, jak On fruwał po tej scenie..omnonom! Muzyka ich na żywo bardzo mi odpowiada, gitara perkusja..wszystko jest na swoim miejscu. Na mp3 jest to jakieś chaotyczne. Męczące bardzo.



Pan basista który mi serducho złamał :( eh śliczny Panie.

Mam wrażenie że tu wokalista się na mnie gapi i ...chce mnie udusić ?


Po Gojira przyszedł czas na w sumie nie bójmy się tak tego nazwać, support Rammstein czyli Limp Bizkit. Szczerze to miałam cichą nadzieję, że jednak się do Panów przekonam, ale nie, nie udało mi się. Co by nie mówić, myślę że męska część widowni rządziła tym festiwalem i tez skakała żwawo właśnie na ich występie. Do kontaktu z publicznością dzięki wokaliście Fredowi, daję mu +300 do samooceny zespołu :D Okey! Jeszcze +400 mogę dodać za covery ! Bo zagrali m.in Nirvanę, gdzie wszystkich totalnie poniosło i to było świetne!
 Podskakiwałam trochę na późniejszych.. bo co innego mogłam zrobić, zgnieciona zostałabym gdybym tego nie czyniła. Ale myśl że za chwilę.. skończą i zacznie się oczekiwanie na niemiecki najazd, powodowała że przybyło mi energii mimo że ciągle ziewałam :D Fred bardzo dobrze się spisuje w roli wokalisty, hm..no jakże na wokalistę przystało, co by nie mówić. Zszedł do fanów i z pierwszymi rzędami przybijał piątki, potem stanął na barierce i śpiewał trzymając się fanów do publiczności, no mega fajny moment i jest szacun.



Panie Fred, ależ Pan ma gadane. A słowo "nap.erdalać nie oznacza wcale Nelsona Mandeli jak Pan myślał i zagadywał. Dobry moment to był :D


Z racji tego, że "lumpy" zaczęły grać nieco wcześniej, bo aż 30 minut, to potem ramsztajnoholicy musieli czekać dobrą godzinę, która oczywiście niemiłosiernie się dłużyła. Całe szczęście byłam zaopatrzona w wodopój, którego miałam sporo jeszcze bo oszczędzałam jak mogłam i czułam niestety na sobie te dzikie afrykańskie spojrzenia ludzi pod tytułem " ona ma wodę! poderżnąć Jej gardło! Zabrać Jej i się napić! Uratować sobie życie!" : D

Ale na szczęście nic takiego miejsca nie miało. Z każdą minutą zbliżającą się było co raz cieplej... jakiś przewiew był kiedy głowę bardziej się wystawiło i trochę zalatywało z góry(bless you mum and dad za jako taki w miarę wysoki wzrost hahaj ". Po mojej lewej stronie stała grupka Rosjan a po prawej Niemcy, czułam się jak na międzynarodowym festiwalu...widywałam jeszcze amerykańskie flagi i flagę Chile pamiętam.

Odliczamy zaraz :3




Ryś :3



Perkusja :)

Pojawiło się na telebimie ogłoszenie o bawienie się na koncercie, a nie nagrywanie, a za chwilę zegar odliczał głośno pikając minutę do rozpoczęcia. Uwielbiam taki sposób oczekiwania, jest wtedy w człowieku taka buzująca adrenalina, która uwalniana jest wraz z pierwszym kawałkiem( boszę jak to szpitalnie zabrzmiało, dzień dobry, tu Zosia Burska z na dobre i na złe  haha). Kiedy pozostało ostatnie 10 sekund, mam wrażenie że każdy liczył w swoim języku wokół mnie, bo jeszcze chyba czeski usłyszałam i sama nie wiedziałam co zrobić, więc zostałam przy polskim :P

Kotara opadła w dół, wybuchła pierwsza pirotechnika i usłyszeliśmy pierwszy kawałek z 17. Ramm 4 jest nowym kawałkiem, który na żywo dość energicznie się sprawdziła(bleh, a co u nich nie jest energiczne? Nawet Seemann jest). Zaskoczeń jakiś nie było, każdy kawałek rozpoczynał się trochę taką elektroniczną wersją powiedziałabym nawet, co z jednej strony mnie denerwowało, ale z drugiej było przyjemną odmianą.
Każdy kto był na ich koncercie wie, że to nie jest zwykły koncert. To jest show, choć nie lubię tak o tym mówić. Show to może robić komik, czy w cyrku na linie zapier*alając na linach pod sufitem. Przepraszam za wyrażenie. Dla mnie to spektakl muzyczny z niesamowitą oprawą. Pirotechnika była zawsze i będzie zawsze. To jest ich część, to jest ich styl. Z każdą trasą, prócz ognia wybuchającego na najbardziej energetycznych kawałkach jak np. Ich tu dir weh czy Link 2-3-4., wymyślą zawsze coś nowego, coś niespodziewanego. Na tym pierwszym Till podjechał pod sufit sceny i oblewał ogniem jak zwykle sponiewieranego przez życie Flake`a, po czym ten wychodzi przebrany w obcisły pełen błyskotek strój i zmartwychwstaje.
 Kto nie oglądał filmów przed koncertem jak ja, nie wie czego się spodziewać. Tego że na końcu na sztandarowej Amerika, wybuchnie konfetti w barwach flagi USA, samej Ameriki już się nie spodziewałam, całkowicie o niej zapomniałam i myślałam że nie zagrają takiego klasyka, a tu proszę. Chłopak przede mną miał koszulkę na której był napis"We`re living in Amerika" fajną grafitową czcionką.


Bang bang! :D

Myślę że dużo osób czekało na Seemann żeby usłyszeć na żywo, zawierał ten kawałek w sobie akcję koncertową gdzie trybiny paliły białe lampki a my na płycie czerwone, średnio to wyszło, ale jak ktoś nie ma smartfona to tak ciężko to było skombinować :(

Kiedy przyszedł czas na Sonne, nie oczekiwałabym go już tak mocno jak za pierwszym razem kiedy je usłyszałam. Wiadomo że duże wrażenie zawsze robi. Na jednym z filmików widać, jak Richard z Paulem mają fajne mikrofony które same opadają i wstają ? + w odpowiednich momentach Paul schyla głowę jakby nie chciał dostać ogniem po włosach - magia ich występów!

Na Du riechts so gut uwielbiam te gitarowe riffy, gdzie jakoś instynktownie pod koniec Paul z Richardem pokazują palcami w rytm muzyki i wyleciało mi to z głowy i podniosłam do góry palec i potem inni wokół i kiedy na scenie to zobaczyłam to myślę sobie, kurde,..no tak!.. + te płonące ramiona parą na riffie aww! Na Mein herz brennt Tillowi zapłonęło serce, a na links 2-3-4wszyscy tupaliśmy naśladując muzyków. Bo to w muzyce Rammstein jest fajne, marszowy rytm muzyki.

Na końcowym Engel Till wzniósł się nad sceną, podtrzymywany linami z płonącymi skrzydłami przypiętymi do pleców, odśpiewał Engel a ja już czułam ten dół psychiczny że to już koniec.. te efekty z ogniem..fruwające nad publicznością..wybuchające przy trubunach, na scenie z tylu miejsc, przebieranki Tilla, to wszystko powoduje, że tego zespołu nie da się nie kochać. To zespół dzięki któremu tylu Polaków pokochało język niemiecki :D(ja tam zawsze go lubiłam)...


Po skończonym koncercie zabrzmiało ciche Ohne dich w wersji piano..zrobiło się smutno i nostalgicznie...powolnym krokiem ruszyłam w stronę wyjścia, gdzie na zewnątrz miałam spotkać się z koleżanką. I gdyby nie Ona i Jej kolega, to kurczę blade pewnie nie zdążyłabym na autobus do domu! :(  Samochodem dotarłam na 1.20 na dworzec, a komunikacją? mogłabym być grubo po drugiej...
Biorąc pod uwagę, że organizacyjnie na festiwalach wiadomo zawsze jest różnie.. tym bardziej na 1 edycjach są wszelakie niedociągnięcia...idealnie rzadko kiedy jest... ale jeżeli już się coś obiecuje.. że będzie komunikacja miejsca co 2 minuty np...to się Jej nie puszcza co 30 minut! :o tak przynajmniej wynika z relacji ludzi w komentarzach. Więc jeszcze raz dziękuję Magdzie za ogromne wsparcie logistyczne w drodze powrotnej! No i smsowe w czasie całej soboty :D


Także tego..jak Wam się nudzi w domu i chcecie ogłuchnąć na uszy i słyszeć nieustający pisk przez głośne decybele muzyczne przez 3 dni, a przy okazji pobawić się z fajnymi ludźmi przy fajnej muzyce i być BLIŻEJ ludzi to stańcie sobie tak w tłumie 40tysięcznym jak ja :D (ten zółty kwadracik :D ) Polecam. żanetakaleta. #wcaleniebyłomiciepło

Na tym zdjęciu może nie wyglądamy korzystnie a przynajmniej ja w tym blasku reflektorów, ale to nie my tu gramy główną rolę, a oczywiście nasz "kolega" zwany miszczem drugiego - pierwszego planu :D PS. mam ładniejsze zdjęcia.

Pozostaje mi zapętlać teraz tylko albumy i słuchać słuchać słuchać ciągle muzykę która odkryłam na festiwalu...no i kochanego R+.. i czekać na kolejny koncert, jeżeli chłopaki jeszcze będą mieć na to siłę, a wierzę w to że jednak tak i do 3 razy sztuka i trzeci raz ich ujrzę!




Ah, jak romantycznie, wschód słońca, 6 rano, docieramy do domku za 2 godziny :( #szararzeczywistoscagain

Żegnam się z Wami kawałkiem który znalazłam w dobrej jakości + małą profesjonalną sesją ze strony radiowroclaw.pl , która chyba tak samo jak ja, upodobała sobie Ryśka i stała z prawej strony sceny :D




Husband numer 2, łamiący mi serce od paru lat.








Najpiękniejsze zdjęcie pierwszego rzędu jakiekolwiek widziałam *___* Bo tyle znaczy dla nas muzyka i takie są emocje.

Enjoy moi kochani i zachęcam do obejrzenia pięknego początku koncertu

xoxo

auf Wiedersehen!




Na-na-na-na na-na-na-na na nanananana

Pozwól nam, powstającym z ruin
Szczęście dla ludzi i maszyn
Spieszy tu z bliska i daleka
Znów tu jesteśmy!
Tak! Nie! RAMMSTEIN!

1 komentarz:

  1. :D mnie to w sumie cały czas śmieszy, że udało nam się spotkać dwa razy w ciągu niecałego tygodnia, chociaż do tej pory znałyśmy się tylko z "lasta" :D też mam nadzieję, że na następnym koncercie będziemy bawiły się już wspólnie.
    don_guraleska

    OdpowiedzUsuń