czwartek, 4 lutego 2016

CONCERT- IMAGINE DRAGONS

O mój boże. Co to był za zwariowany dzień, ilość nieprzewidzianych sytuacji mnie przerosła i sądzę, że mimo, że sam koncert w sobie fizycznie wyczerpujący nie był, to czas oczekiwania..bardzo.



Sądzę, że ten dzień zostanie zapamiętany przeze mnie na długie lata. Jako jeden z tych koncertów, gdzie będzie w mojej pierwszej piątce i będę cholernie miło wspominać.
Ale jedziemy od początku, jak zwykle :)
Umówiłam się z koleżanką na godzine 7.40. Polskiego busa miałyśmy o 8.30 więc w 30 minut spokojnie stwierdziłam, że się wyrobimy i jeszcze zdąży się o sklep i wc zahaczyć. Niestety.
Zapomniałam, że koleżanka ma zapędzy do spóźniania się i prawie 15 minut spóźnienia, a tyle adrenaliny potrafi zapewnić...
Cóż..pędem udałyśmy się na dół oczekując na metro, na szczęście za chwilę podjechało. W końcu liczyły się już wtedy minuty czasu! Z niepokojem zerkałam na zegar i modliłam się żeby zostało nam jeszcze trochę czasu. Z koncertowych emocji, zaczęłyśmy nawijać o tym co sie wydarzy i co tam zastaniemy. Po czym błyskotliwa Aga zauważa napis Młociny i krzyczy- ej! wysiadamy! szybko!
Idziemy szybkim tempem, wbiegamy po schodkach na górę...po czym okazuje się że dworca ..nie widać! No cóż..może od dupy strony czy coś wyszłyśmy. Cofnęłyśmy się..... desperacja spowodowała że pytam się starszej pani gdzie jest dworzec młociny a ona ze stoickim spokojem oznajmia" młociny?musicie dziewczynki 1 przystanek przejechać, najlepiej metrem". Stoję jak wryta i patrzę na nią jak na idiotkę.. nabija się ze mnie, co ona wygaduje, wiem gdzie sa młociny..co ona wygaduje ta stara prukwa..patrza na koleżankę, a ona podnosi głowę i widzi napis WAWRZYSZEW.
O ku! Ja pie! Poszła wiązanka z ust Renaty. Podziękowałyśmy"prukwie" i pognałyśmy spowrotem do metra. Wysiadłyśmy stację bliżej.... Wiązanka potem pod moim adresem od koleżanki w metrze poszła taka, że aż ludzie patrzyli na mnie jak na morderczynię dziecka. W sumie, może byłabym zdolna, ze swoją"miłością do dzieci".


Z niepokojem patrzyłam jak wolno startuje wagon i wolno jedzie...miałam może chwilę zwątpienia że nie zdążymy, że to nie może być prawda...to tak nie może sie szybko skończyć...co my zrobimy jeżeli sie nie uda...zapłaczę się..Wyłazimy z metra mamy 3 minuty do odjazdu, biegniemy po ruchomych, potem po czerwonych i zielonych światłach, widzę napis P4 i mam banana na pół twarzy że jeszcze otwarte drzwi są po czym koleżanka wrzeszczy- Ale On do Wrocławia jedzie!
Po czym ja wrzeszczę- ALE PRZEZ ŁÓDŹ! Ludzie patrzą ale choooj biegniemy!
Zdyszane wbiegłysmy do kabiny kierowcy który "pochwalił" za punktualność i za słabą kondycję, prawie mu kartkę z karty zdmuchnęłam.. na co ja odrzekłam, że dzis około 17 znaczenie poprawimy ją. Znalazłyśmy jakieś pojedyncze wolne miejsca i wsłuchując się chore historyjki ludzi, którzy kochają opowiadać na cały głos swoje życie żeby wszyscy o nim wiedzieli, dobrnęłyśmy w ciagu 2 godzin na Łódź Kaliską.
Zaopatrzyłyśmy się w suchy prowiant i spokojnym tempem poszłyśmy pod Arenę, gdzie już siedziało z 5 dziewczyn.. a jedna z nich ponoć od 7 rano! Ale jak usłyszałam, że była z nimi i jeździła do innych państw to mnie to nie zdziwiło wcale :)
Usiadłyśmy początkowo pod samą arena, pod samymi szybami, gdzie nie wieje, ale tylko zdążyłyśmy usiąść, a przylazł ochroniarz i wygonił nas na stanowiska startowe gdzie miałyśmy spędzić kolejne 7 godzin pełne oczekiwań..
Za niedługi czas, przychodziły inne osoby, pojedyncze ale i w parach. Szybko nawiązały się przyjaźnie. Wymienianie snapami, fejsami czy instagramami. Patrzyłyśmy na siebie z koleżanką z uśmiechniętym wzrokiem, jak również w momencie kiedy towarzyszki oczekiwań, wymieniały między sobą koncertowe wspomnienia. Nie ukrwam, że tematem przewodnim był zespół 30STM, gdzie głównie opowiadano o Rybnikowym koncercie.
Ja już szczerze nie miałam siły tego słuchać...ale za to jak rodzice troszczą sie o swoje dzieci to z chęcią posłuchałam, albo kiedy ochroniarz Fosy opowiadał nam o przygodach koncertowych i jakich fanów nie raz widuje. Nie powiem, zazdroszczę mu czasem tej pracy, ale już wyciągania mdlejących 140 kg ludzi z tłumu - nieco mniej! :D

Czas pod areną, minął na prawdę szybko, zdążyłam zawrzeć nowe znajomości, które raczej ciągłąści prawa nie będą mieć, gdyż nie znam nawet imion owych dziewcząt.
Dziękuję dziewczynom które przyniosły gruby karton i mogłyśmy na nim siedzieć na chodniku podczas gdy okropnie lało i wiało. Takie małe gesty, wiele znaczą.

Wiadomo jak to bywa na koncertach..im bliżej godziny"W", tym wolniej czas nam płynie....co raz częściej zerkamy na zegarek, niecierpliwimy się, bo już chcemy być tam w środku, nigdzie indziej.
Ze 2 godziny przed otwarciem bramek, musiał chyba zespół przyjechać? Bo nagle pisk wrzeszczących fanek zagłuszył mi totalnie wszystko. Z racji tego, że byłam opatulona jak najlepiej i siedziałam tyłem do całej sytuacji, stwierdziłam " keep calm Aga" Zobaczysz ich spod samych barierek
                                                                 Dzieci szczęścia. 

Kiedy dobiegała 17.30 zostały nam rozdane rożowe opaski, które upoważniały nas do tego, by nie byc sprawdzanymm z biletu, ale tylko na wygląd opaski, co było dobrym pomysłem, aczkolwiek bilet i tak musiałyśmy dać do skanowania.
Podziwiam determinację rodziców, to, jak kibicują swoim dzieciom w "zdobyciu najlepszych miejsc"
Fascynujące jest to, jak bardzo byli w to zaangażowani, przynosili swoim dzieciom czego dusza zapragnie, a ja stwierdziłam- hm, cieszę się z tego jakich rodziców mam :D

Tuż po godzinie 17.30 zaczęto nas wpuszczać. Na szczęście małymi partiami= był czas żeby przebiec spokojnie od skanowania, po inne pierdoły.
Oczywiście po bokach stali panowie krzycząc "nie biegać, szybki marsz, nie biegać!".
Ruszyłam naprzód, nie oglądając się za siebie. Taki miałyśmy plan z koleżanką..Nie oglądać się i biec, jedna drugiej miejsce zajmie zawsze.
Sądzę, że gdyby wpuszczali po 20 osób, nie byłabym taka już szczęśliwa :P
Kiedy wbiegłam na arenę, to biegłam za ludźmi, nie wiem jak to się stało...nie patrzyłam do tyłu na boki, byle do przodu, szybka kontrola i ostatnia prosta! Nieważne że ludzie się patrzą jak na wariata i krzyczą nie wywal się.. rozpinam się w trakcie biegu bo już mi ciepło. Wszyscy ustawiają się po prawej stronie- bo bliżej a  Aga pyk na lewą stronę i już siedzi jako pierwsza w rogu przy barierce :)
Oprócz mnie muszę wspomnieć, po mojej lewej stronie stało dwóch"eleganckich" chłopaków, co chyba trudnym nie było się domyślić, że przyszli 10 minut przed naszym wbieganiem, ale...co to za frajda z koncertu, kiedy nie biegniesz i nie męczysz się jak mysz kościelna - chyba jestem od tego uzależniona :D

"Cytrynki się saportujo" :D

Kiedy dobiegłam zaczęłam się gwałtownie wiercić i szukać koleżanki, widzę ją! Przybijamy tryumfalnie piątki w ramach gestu wygranych i nie możemy opanować emocji, wymieniamy wrażenia biegu, tego całego sprawdzania...którego w sumie nie było i można było kolejny raz wnieść bombę atomową.
Arena moim zdaniem, bardzo szybko się zapełniała, szczególnie trybuny. Byłam przekonana że większość przyjdzie na gwiazdę wieczoru, a nie na support, a tu proszę, takie zaskoczenie.

Upominanie od ochroniarzy, którzy nie pozwalali wieszać kurtek( bo stwierdziłyśmy się będzie nam zimno w arenie- i tak było!, to wzięłyśmy ze sobą.
Zresztą, jak przypomnę sobie kolejki do szatni np na Slash, to ... never ever szatnia :D

Do koncertu zostawało co raz mniej czasu. Do koncertu zespołu Lemon oczywiście, który supportował u nas zespół Imagine Dragons. Historia głosi, że Oni się nie prosili, po prostu oni sami sobie wybrali kogo chcą przed sobą na koncercie. A dla tak, młodego zespołu jak Oni to jest niesamowity zaszczyt.
Punktualnie w miarę wyszedł na scenę Lemon, których koncert? Oj podobał mi, kolezanka narzeka że mało się bawiłam.- ja tak nie uważam. Ja po prostu oszczędzałam energię na to co ma się wydarzyć godzinę później! :) Poza tym Lemon to takie granie nie trochę w moim stylu. Zagrali dobry koncert, a perkusista skradł moje i koleżanki serce genialną solówką. Nawet nie wiedziałam, że piosenka Scarlett może brzmieć tak dobrze na żywo. Zdecydowanie preferuję ich słuchać na żywo w takim razie ;)


"ajgor" dwa kroki przed nami <3 


Już kotara zdjęta :3
                           
Kiedy Lemon zakończył swoje podziękowania za przybycie, za oklaski, zaczęła się zabawa wśród fanów. Trybuny robiły meksykańską falę, po czym płyta biła im brawo i na odwrót co było uroczą zabawą i to zawsze się na koncertach sprawdza!

Z małym poślizgiem ale jednak...pociemniały światła, ozdobne lustra zaczęły żyć swoim życiem i zabrzmiały pierwsze znajome dźwięki w zupełnie innej aranżacji czyli Shots i Trouble z czego ten pierwszy jest genialny na wejścia koncertowe i grany był na soundchecku 4 razy.
Potem zabrzmiała jedna z moich ulubionych piosenek It`s Time, gdzie publika  dosłownie oszalała. Cieszę się, że mogłam być Jego częścią i uczestniczyć w nim jak najbardziej czynnie.
Po hicie z pierwszej płyty czas na cover, zabrzmiało standardowe chyba już "Forever Young", gdzie tekst zwrotek próbowałam pojąć jeszcze dzień przed, ale mi nie bardzo wychodziło, a więc darłam się jak mogłam i czekałam na moment kiedy głos odmówi mi posłuszeństwa..a publika śpiewała i śpiewała. Akustycznie. Bez żadnych wspomagaczy..Od razu wracają wszystkie siły i chce się być młodym. Przed tym utworem również nastapiła przemowa z polską flagą na ramieniu, a ja patrzyłam na niego i oczy mi się szkliły że tak pięknie mówi - "Ostatnio dzieje się wiele rzeczy, które nas dzielą. Chciałbym, żeby nie liczyło się niczyje pochodzenie, religia, płeć i tym podobne. Jeśli jest jedna rzecz, jaka pozwoli nam na nowo zintegrować się z bliźnimi, to jest nią muzyka. Muzyka jest zawsze taka sama, jest uniwersalna, i ostatecznie tylko ona przetrwa"




Reynolds i Jego ruchy sceniczne, uwielbiam! :D

Roots jest kawałkiem który tak samo warto usłyszeć na żywo jak Shots, nie wiem czemu ale nie spodziewałam się go, bo w końcu powstał dość niedawno jako singiel.
Wstęp do Polaroid, kawałkiem za którym nie przepadałam był naprzód wkręcony Hopeless Opus, gdzie wreszcie od Dana nauczyłam się poprawnie wymawiać ten tytuł!

Po gitarowym solo w wykonaniu Daniela Sermona bodajże przypominającego Gold, do którego w końcu doszło po rozpoznaniu żółtych reflektorów bijących ze sceny. Czekałam na ten kawałek bardzo, polubiłam go dużo dużo później po wyjściu płyty. Spodziewałam się że bardziej wersja live będzie mi się podobać.

I`m So Sorry, kawałek, który wysoko oceniłam w swojej recenzji płyty na żywo nie zawiódł. Bębny wszelkiego rodzaju wykorzystane w tym kawałku niczym przy Radioactive potęgowały uczucie że wszystko Ci w duszy fruwa i grzmi w Tobie, cudowne  uczucie.


Po Gold pamiętam, że weszła spokojna wstawka Bleeding Out. To druga moja ulubiona piosenka tego zespołu. Liryczna, ale z prawdziwymi emocjami i pięknym tekstem, który nie raz sobie puszczałam w autobusie w smutnych chwilach(szczególnie tych miłonych ;)). Czekałam na niego, bardzo bardzo. Przemowa jaką Dan wygłosił przed nią, była dość długa, dziękowałam mu w myślach za nią, a potem na głos..kiedy skandowałam wraz z wszystkimi fanami mocne "Dziękujemy". Dlaczego? Ponieważ wokalista powiedział, że nie był ten kawałek grany od dłuższego czasu, a Polska publiczność przygotowała kartki z napisem"Poland Is  Bleeding Out", którego znaczenia na prawdę nie chcę znać i co miały na myśli organizatorki, bo to jest na prawdę dla mnie nie jasne :D

DAT ASS ON RIGHTTTTTTTT OMG ----------------->>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Po pięknym momencie, wiązanka przebojów i worek z hitami dalej się rozwijał. Nastąpiła mieszanka Dream i Smoke + Mirrors. Rozświetliło się tysiące białych lampek na piosence Dream...tysiące dosłownie...coś pięknego...hala rozbrysła i stała się jasność! ;) Miałam na sobie bluzkę z napisem Dream, Until youre dreams come true..pomyślałam o niej i o tym, że nie żałuję żadnego grosza wydanego na nią. Smoke+Mirrors w wersji skróconej, podobała mi się, lubię ten kawałek. Jestem trochę nieobiektywna w swojej ocenie= przyznaję. Bo jednak jestem fanem od początku jak wrzucili pierwszy kawałek i na razie nie zanosi się na zmiany.
Nie wiedziałam że najlepsze jeszcze przede mną!


Ciągle przechodził przed nami w te i wefte supervisor ochroniarzy z fosy, kiedy ujrzałam że stanął jakieś 3 osoby w prawo ode mnie i popatrzył się przypadkiem w naszą stronę, uśmiechnęłam się do koleżanki i zamachałam do niego pokazując radośnie na setlistę którą dzierżył zgniecioną w połowie w dłoni. Podszedł i się pyta co się stało, a ja mówię, że chciałabym zobaczyć, chciałabym ją dostać. A On- który kawałek teraz zagrali się pyta i pokazuje mi setę, a ja z emocji wskazałam na zupełnie inny kawałek, zbłaźniłam się, bo jakieś laski zaglądały mi jeszcze przez ramię  i patrzyły na nią i chyba kątem oka widziałam zażenowanie na ich twarzach :D Ochroniarz obiecał, dam Pani po koncercie. BOOŻE PAAANI. Mógłbyś być moim chłopakiem kurna prawie że(miał ze 35 lat :D) Aż tak serio staro wyglądałam przy tych nastolatkach bez matury :(  ?

O dziwo ochroniarz nie pomylił się i wskazał na dobry kawałek na secie, bo za chwilę poleciało najukochańsze na świecie  Demons. Ja po prostu nie żyłam na tym kawałku. Mam wrażenie że zdechłam na te 4 minuty i poszłam w zaświaty gdzie świeci tylko słońce i są wokół mnie demony Imagine Dragons. Darłam się jak cholera, aby jak najgłośniej, histerycznie wymachując rękami, mimo że mój tatuaż już konał od obcierania się o chłopaka po mojej lewicy( ale przynajmniej ładnie pachniał jak ja to powiedziałam haha). Dawałam z siebie totalnie wszystko na nim, nie dbałam o nic, wyłam i wyłam, chciałam żeby ta chwila trwała wiecznie...jak kawałek się skończył, to chciałam żeby jeszcze raz go zagrali..co im szkodzi bisa w środku koncertu ..takie encore walnąć! Zasady są w końcu po to, żeby je łamać right?
Potem nastąpiło wyjątkowe drum solo, które było moim jedynym nagraniem z koncertu. Stwierdziłam, że chociaż ten moment uwiecznię..i stwierdzam że opłacałoby się bardziej nagranie drum solo kolesia z zespołu Lemon, bo to co wyczyniał i w jaki sposób bawił publikę było genialne, mimo że zestaw talerzy perkusyjnych ma się nijak do tego jaki zaprezentował ID.





Piękny moment :3 A jeszcze piękniejszy jak zostało wrzuconych z 5 flag na scenę a potem zostały zebrane wszystkie!

Po perkusyjnej orgii, nadszedł czas na energetyczny do szpiku kości On Top Of The World.
Szczerze mówiąc nie przepadam za tym kawałkiem na płycie, ale kiedy dziewczyny powiedziały że na żywo jest to bomba, uwierzyłam im, a po gigu stwierdziłam - nie, nie pomyliły się. Udając że śpiewam i znam tekst wciagnęłam sie w skaczącą falę i dałam ponieść emocjom a Dan jak zwykle czarował dziewczyny przy wybiegu swoimi wężowymi, szarymi oczami i kocimi prześwietnymi scenicznymi ruchami :)

Po tej bombie, nastąpiła kolejna petarda w postaci I Bet My Life gdzie chyba każdy wiedział, że zdechnie z wysiłku. W pewnym momencie to już siły nie miałam klaskać wręcz, oparłam ręce na barierce by pochwili znów je podnieść i znów klaskać. Szczerze mówiąc, to tylko Radioactive oglądałam z występów na żywo z trasy w internecie i nie robi to takiego samego wrażenia jak na żywo, uwierzcie mi :) Początkowy cały długi wstęp, gdzie cała piosenka 6 minut aż zajęła chyba jest bardzo ekscytujący, ciemne czerwone światła, ogromny przezroczysty bęben w który wali wokalista by po chwili walił w niego ktoś inny i pare małych innych bębenków, aż wszyscy zaczną w nie walić i się zrobi cudowny pogłos. Dziwię się, że tak mało osób tekst znało, przecież to ich pierwszy hit, od tego rozbrzmiała ich kariera. Chyba w Polsce bardziej Demons jest bardziej lubiane od niego odnoszę takie wrażenie :) No właśnie. Bębenki na scenie w różnej postaci, a mi bębenki prawie pekły na tym kawałku :D Było tak niesamowicie głośno jakoś, albo moje uszy już mówiły do mnie po cichu" halo, AGA, natychmiast wyjdź z koncertu, natychmiast, bo nie wytrzymają Ci uszy!". I dont care. Mam być głucha to będę. Byle od takiej przyjemności jak koncerty przy samym głośniku jak przedwczoraj ;)



Lubię te zdjęcia, artystycznie wyszły :D Drugie to było tuż przed  Radioactive:)

Sprawdzałam setę pare dni przed i wiedziałam, że czasem ten kawałek kończył koncert, ale czasem kończyło się to kawałkiem The Fall.. a że nie było jeszcze bisu, to chłopaki zeszli ze sceny, gdzie połowa trybun zaczęła już wychodzić, a my zniecierpliwością zaczęlismy krzyczeć "jeszcze jeszcze!"
Po czym światła ponownie rozbrysły by zacząć balladę The Fall, który jest moim zdaniem kiepskim rozwiązaniem na końcówkę koncertów, no ale, to nie my o tym decydujemy, tylko szanowni Panowie na scene zapewne.
Na The Fall właśnie spadły liście..spadła masa konfetti. Szkoda że tylko na przód i boki końca wybiegu, do nas nie dotarło na przód nic, ale wiedziałam, że pierwsze co zrobię to od razu ruszę i będę zbierać te złote, czerwone i różowe listki.
Został rzucony mały misiek smok na scenę, a koleś odpowiedzialny za zespół kopnął go i na scenę nie wrzucił..w sumie to by było dziwne...Dan się obejrzał, ale nie zauważył go. Smutno mi się zrobiło, bo mam maskotkę smoka różowego z dzieciństwa, z którym spałam do praktycznie 12 roku życia :(




Chłopaki nam super podziękowali za koncert. To nasz przedostatni show w ramach trasy Smoke + Mirrors. Album o tym tytule jest naszym osiągnięciem, z którego jesteśmy dumni. W tym momencie, chociaż jesteśmy zmęczeni, chcę powiedzieć, że to właśnie dzisiejszy łódzki koncert jest moim ulubionym podczas tej trasy. Jesteście naprawdę niesamowici. Dziękujemy wam! Ciągle nie mogę wyjśc z podziwu jak basista non stop uśmiechał się do swojej lewej strony publiczności - a tym samym do ekipy dziewczyn z którymi przesiedziałyśmy te 7 godzin na zewnątrz :) Jedna z nich jeździ za nimi trochę więc mógł ją kojarzyć. Perkusista wręczył Jej pałeczkę i pewnie kostkę też złapała. Andrew wysypał wręcz worek tych kostek zapasowych z kieszeni spodni. Mnie już by sama myśl podniecała, że trzymał Je tam przez cały koncert a potem ją dostać! Gaddemyt! :D
Po zejściu chłopaków ze sceny, zawiesiłam się na barierce i powiedziałam -booooOOOOoże jak mi smutno :(( Czemu to już? To trwało cholerne 20 minut, nie więcej! To nie może być prawda, że rok przed kupuję bilet i tak nagle pryska jak bańka mydlana. A jednak, już było po..a mózg trzeźwiał coraz bardziej. Zajarzyłam, że przecież setlistę mi obiecał "mój chłopak haha"..widzę ..widzę kątem oka, zmierza w moją stronę i wyjmuje ją z tylnej kieszeni spodni i OEMDŻI. Jestem w niebie...i`m in fuckin heaven....seven heaven. Przeglądam ją podekscytowana po czym od razu chowam do kieszeni, żeby nikt mi jej nie wyrwał..mojej pierwszej setlisty w życiu. Wyciułanej i trochę na oczy kota ze shreka, których mi brak, ale jednak !
Wracając pozbierałyśmy konfetti, wsadziłam do torebki z setlistą i wsadziłam do kieszeni, kolana trochę bolały, ręce bardziej, klasakania było w choooj dużo!
Ale gadło najbardziej niestety ucierpiało, co objawiało się seksownym głosem Agi, która posiada go już 3 dzień. Założyłyśmy kurtki. Ktoś powie- ale koncert, to tam gorąco było. No właśnie w tym sęk, że było przez cały czas chłodno. Uroki koncertów w zimie. Ale i chłód wiejący od sceny sprawiał, że miałam prawie przez cały czas lodowate ręce.
Kurtek do szatni nie oddawałyśmy- w końcu tak pewne siebie byłyśmy że barierki będą nasze, to sobie zawiesimy. A ja już w trakcie biegu się rozbierałam haha
Pierwsze czego szukaliśmy po wyjściu z płyty to oczywiście picie... ale na marne. Ciepło się ubrałyśmy i udałyśmy na dworzec, gdzie stanęłyśmy w kolejce do automatu, który miał ze 20 coli zwykłej, a żadnej dziadu nie chciał wydać. A co tam, cola zero - zawsze spoczko!


                                                             Listki latajoo a potem fany zbierajo:)

Przesiedziałyśmy na dworcu dobre 3 godziny. Busa miałyśmy o godzinie 2.35, czyli o tej porze co zawsze mam jak wracam z koncertów :) Stwierdziłam, że wolę czekać w pięknej smutno szarej Łodzi, niż na dworcu na młocinach, bo metro kursuje od 5rano. Na dworcu jak na dworcu, za ciepło nie było, ale w towarzystwie koncertowiczów których był ogrom, było zawsze miło.
Spotkałyśmy dziewczyny, które pożyczyły nam karton do siedzenia przed halą, zagadałam jak po koncercie i gdzie stały, ponoć mnie widziały, pochwaliłam setlistą, zrobiły zdjęcie i się pożegnałyśmy, bo byłam jeszcze spragniona i głodna..
Czas umilałyśmy sobie przeglądaniem zdjęć, obserwowaniem i obgadywaniem ludzi i wspominaniem momentów koncertowych. Poza tym, był na dworcu koleś, który naśladując Dana krzyczał na cały dworzec "ułooooooo" i tak pare razy, a my nie pozostając inni razem z nim i tak się bawił dworzec łódź kaliska! :D

Bus nadjechał punktualnie, a my WRESZCIE się punktualnie stawiłyśmy, od razu posżłyśmy spać jak tylko zgasili światła w busie.. kark nas niesamowicie bolał od krzywego spania..no i ten sen zajął nam chyba z 10 minut....tak szybko czas minął i obudził nas głos kierowcy mówiącego że dojeżdżamy na miejsce. Poczułam smutek i zmęczenie. Smutek bo to już koniec, zmęczenie..bo wiem że czeka mnie jeszcze cały dzień w pracy i napisanie tej długiej recenzji!  Jednym słowem, powrót z zaświatów, powrót do szarej rzeczywistości.. z tej kolorowszej..lepszej...do tej gorszej.
Zawsze bardziej przeżywam wydarzenia kiedy gdzieś wyjeżdżam ze swojego miasta do innego..ta cała podróż..zawsze jest ciekawa, nigdy nie jest nudno i coś sie zdarzy. Tym bardziej jeżeli przeczyta się horoskop w "cafe metro" i powiedzą w nim że cały dzień będzie w biegu i moga być jakieś kłopoty :D Co prawdą chyba się okazało nie? Koleżanka dodam, ma ten sam znak zodiaku co ja.

A teraz? Teraz męczy depresja pokoncertowa jakiej dawno nie miałam. Depresja czyli co? Czyli słuchanie ciągle tego zespołu...smutna minka i wspominanie  i oglądanie zdjęć..niechęć do czytania książek również. Chciałabym bardzo usłyszeć na żywo Nothing  Left To Say, pomyślałam sobie... mam nadzieję że się to kiedyś spełni :)
Wspominanie samych przemówień Dana to sama przyjemność..tego jak wspomniał, że pod każdym Jego zdjęciem i każdym postem na facebooku pojawiało sie zaskoczona mina Dana i podpis" omg, we forgot about Poland"było rozbrajające i jest im przykro że dopiero teraz tutaj przyjeżdżają..na przedostatni koncert z trasy drugiej płyty. Delikatnie zespół również zasugerował że to nie ich ostatni raz u nas.

W pracy istne zombie byłam. Głos w dalszym ciągu seksowny pozostał, nawet dziś w czwartek.
Wczoraj zadzwoniło do mnie radio, wiąże się z tym pewna historia, która opowiem tu, a co mi tam.
Dla pewnego radia jestem już niemalże jak kumpela z podwórka..dla Eski Rock, gdzie wygrałam już pewnie z 5- 6 płyt w tym tez bilety do kina. I w poniedziałek napisałam od tak sobie smsa wieczorem( bo mam możliwość tylko wieczornego słuchania)- Halo, pomóż mi Dawid, zrobiłam sobie tatuaż pierwszy, mam 24 lata, a mama się nieodzywa do mnie od soboty.
Napisałam tego smsa tylko dlatego, żeby usłyszeć jakąś poradę, a tymczasem? dryyyyyyyń telefon dzwoni nieznany numer, okey! Wygrałam nową płytę Skunk Ananasie, powiedziałam, że jadę jutro od rana koczowac pod areną, a przy okazji, mały flirt z prowadzącym, czyli" Aga Aga, czekaj czekaj, zapiszę sobie Twój numer telefonu - pierwsza myśl - o mój boże, zadzwoni w trakcie koncertu pewnie, a druga- a może pójdziemy na kawę z prądem!
Nie sprawdziła się żadna. "Aga, Aga, ja zadzwonię do Ciebie w środę wieczorem, tak po 19, 20 i opowiesz mi relację z koncertu jak tam było". Ok, nie ma sprawy, ale może być tak bardziej po 20, a raczej, grubo po 20 ? A on- nie ma problemu.

Serio? Myślałam że to jakieś jaja były, ale pamietam, że osoby nie raz opowiadały na antenie koncert...Wracam od fryzjera wczoraj..jestem na klatce dryyyyyyn, telefon. Nieznany numer.
- Aga Aga, no siema! Jak tam żyjesz po koncercie!
Słysząc mój zachrypniety głos, czułam jak się dusi ze śmiechu i mówi" Ale Ty masz sekowny głos!"
No jasne, w marcu na Hurts będzie powtórka jak się zaczne drzeć z każdym tekstem.
Opowiedziałam po krótce, dzięki Bogu, Dawid mnie hamował z całym moim opowiadaniem bo inaczej bym chyba całe życie opowiedziała, jak to ja.  Z lekką ironią zapytał o Lemon i jak było, a ja że nie przepadam za takim typem muzyki, ale dali radę, trochę za spokojni jak na support dla nich, ale nieźle. Zapytał również o telefony i nagrywanie, którego nie brakowało na koncercie..stwierdziłam krótko- tak to prawda, były tłumy smartfonów na koncercie, tour menager nie życzy sobie robienia z fleszem zdjęć i nagrywania z fleszem i ogólnie jak najmniej aparatów..
Mając porównaanie do koncertu Petera Hooka sprzed 4 dni, nie widzę porówniania żadnego. Różnica pokoleń jest ogromnie widoczna. Na Hook`u było 35+ i 2 osoby może pstrykające zdjęcia...cudowne uczucie i zaraz dziwne..bo kiedy chciałam zrobić zdjecie i wyciagnełam aparat...czułam ten dyskomfort..Rozmowę zakończyliśmy na antenie a poza antene dopytał jak relacja z mamą i czy dalej sie focha, ja mówie, że już mniej, zadzowniłam do domu by ją poinformowac że jestem w Łodzi, a Jej ciekawośc jak było, wygrała....a tematu tatuażu nie poruszamy. Ma nadzieję, że jeszcze się usłyszymy i się pożegnaliśmy....


                                                 woah! Jesteśmy na focieeee! :D Z SERII ZGADNIJ GDZIE

W sumie to chyba już chciałabym zakończyć tę recenzję..na 2 marca własnie zakupiłyśmy z kolezanką bilety na 2 marca do multikina na koncert Imagine Dragons właśnie ! :)

Myślicie że o takim koncercie można zapomnieć po tygodniu, czy dwóch? Nie, oczywiście że nie. TO będzie we mnie siedzieć jeszcze z miesiąc. Niestety :D

Na dziś zapodaję Wam coś najpiękniejszego na świecie. Czyli Demons moi kochani. To Demons, na którym zdechłam, umarłam. Wyłączyłam się. Chłopaki jesteście the best. Bleeding Out też wrzucę i moment z OMG !  :3

PS. Dziękuję koleżance za wytrwałość. Cierpliwość do mnie i za to, że ze mną pojechała i za super towarzystwo!









Chcę ukryć prawdę,

Chcę Cię schronić 
Ale z bestią w środku 
Nie mamy gdzie się ukryć. 




2 komentarze:

  1. Omg Agni, jakie to dlugasne czytam i czytam, ake warto bylo, a jak sie usmialem na poczatku, szkoda ze nie bylo ringu z pluszakami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieźle, że tak późno chce Ci się czytać moje pierdy, ale fajnie że chociaż się pośmiałeś :D <3

      Usuń