wtorek, 26 stycznia 2016

CONCERT - THREE DAYS GRACE

Wtopa dnia. Wtopa tygodnia. Wtopa miesiąca. Wtopa roku nawet! Boże drogi, tak karygodny błąd fanowski potrafię popełnić tylko ja- czyli z serii Aga i Jej koncertowe wspomnienia.




Wtopa dotyczy kraju z którego pochodzą panowie, których miałam okazję wczoraj kolejny raz usłyszeć na żywo.
"A z jakiego kraju są ? " słyszałam od ludzi.
Dumna Aga - no jak to skąd...z Wielkiej Brytanii!

Damn..

Fuck it

Mothafucka!

z Kanady..

Spuszczam kurtynę milczenia nad swoją wiedzą :D

PS. ale chociaż wiedziałam, że wokalista się im zmienił i połowa fanów go hejci i nienawidzi so much. Dziś przeczytałam dobry koment " Matt jest bardziej popierdolony na scenie, ale Gontier wiadomo. Wokalnie miażdży, ale i tak Human > Transit of Venus" "

A więc przechodząc do sedna już!
Wyruszałam na swoją pierwszą koncertową przygodę z pracy tuż po 18, by dotrzeć pod halę za prawie 10 minut. Pogoda mimo że nie padało, istnie mhhhroczna i sprzyjająca zespołowi i Jego gatunkowi. Tłum ludzi kłębiący się przy wejściu a ja rozpoczynam swoimi małymi oczkami poszukiwania moich towarzyszek koncertowych- Ani i Patrycji. Szukam szukam, wystosowuję smsa że szukam Was, odpowiedź - będziemy za 15 minut, okey, niezrażona i dumna z koncertu Aga, wędruje na koniec sporej już dość kolejki gdzie ludzie grzecznie wyczekują godziny "w" czyli 19, gdzie miało nastąpić otwarcie wrot.
Może trochę dłużej niż po 15 minutach, ale ujrzałam znajomą buźkę w postaci Ani, uściskałyśmy się i przywitałam z Jej koleżanką, która okazała się bardzo spoko osobą jak na mój dziwny charakter i przystosowanie do ludzi i społeczeństwa.

fot.Radek Zawadzki

Przekrój wiekowy był na prawdę różny. Wiadomo, rządzi młodzież w wieku gimnazjalno - licealnym, ale niektórzy tacy jak ja fizycznie są dorośli ale w głowie to czasem mam wrażenie że w inkubatorze leżę..

Tuż po 19 zaczęła sie ruszać kolejka, która na prawdę sprawnie szła i kolejny raz klub się spisał na 10. Organizacja świetna, obsługa uprzejma i przystojna- choć Panna blond z szatni mogłaby być trochę jednak przyjemniejsza" ale ja na chwilę nie wydaję czyichś torebek" a wypchaj się babo. Facet z bródką w oksach rządzi! A Pani z ochrony oj obmacywała torebkę, musiałam się wydać i powiedziałam że mam wodę odkręconą i z wrażenia szybkości Jej sprawdzania zamotałam się i na pytanie" wyrzucam zamkniętą, albo odkręcam korek i oddaję" odpowiedziałam krótko- tak . :D
Skończyło się na tym, że dostałam odkręconą wodę..zapomniałam jakimi prawami rzadzi się ten klub i nie wzięłam korka..a przecież zawsze biere! D:


Kiedy wspinałyśmy się na górę, dostałyśmy opaski niebieskie z logiem klubu które bardzo mi sie spodobały i żałuję że nie są z materiału, ale takie prawo natury. Obczaiłyśmy trochę merch zespołowy  opisując które koszulki najchętniej byśmy sobie sprawiły, po czym zagaduje do nas Pan po angielsku  i wszystkie takie yyy " no no thank you" :D A po chwili się skapnęłam że mogłam palnąć" sorry, we dont have money, we are poor Poles- we gave everything for concert! " :D


   Opaska :) Sorry za jakość, ale o północy oczekiwać jasności nie można :D

Kiedy dotarłyśmy na salę było..chłodno, na prawde..mam wrażenie że jeszcze 2 godziny po otwarciu bram było zimno i miałam chłodne ręce.. dziwne to było - ale to może są własnie plusy zimowych koncertów i takiej różnicy temperatur?
Zrobiłyśmy sobie we 3 pamiątkowe zdjęcie, które pewnie niedługo sobie wywołam i dodam do kolekcji i zaczęło się oczekiwanie na support, którym był zespół We Are The Ocean - brytyjska czwórka z Essex - czyli krainy gdzie korzenie swoje małe mają takie sławy jak Depeche Mode, Blur i choćby The Prodigy. Czwórka przebojowa - z wypiekami na twarzy słuchałam ich występu i ciekawiło mnie, gdzie takie sreberka się wychowały, a tu proszę. Na prawdę dali dobry koncert. Chłopcy podkreślali, że to ich ostatni koncert na trasie i że jesteśmy najgłośniejszą publicznością- mimo że kilka razy nas wzwywali do tego żeby krzyczeć :P Jednak oklaski polskim ludzikom się udawały i zgrabnie nam to wychodziło. Grupa funkcjonuje od 2007 roku, gra pop-punk, czyli jak ja to mówię - niewiadomo co ha.

fot.Kara rokita. więcej tych świetnych zdjęć tutaj

Miałam niezłe widoki na gitarzystę z prawej strony sceny, bo tak też się ustawiłyśmy i byłysmy w jakimś dobrym 6 rzędzie.
Ja paczyłam na niego, On na mnie. Szkoda że bardziej Jego percing obserwowałam niż Jego...nie wiem...choćby..nos haha.
Z początku myślałam że wokalista to starszy brat tegoż gitarzysty z prawej, ale wikipedia rozwiała wątpliwości mnie i niezgodziła się z moimi myślami. A to chamstwo!

Kiedy zespół skutecznie rozpalił publiczność, ale nie do tego stopnia by rozpędzić pogo, zostało niecałe 35 minut do wejścia kapeli na którą czekaliśmy. Obserwowaliśmy zmiany dziejące się na scenie, uwijających się "panów od kabli i sprzętów" i jak zmienia się scena we "three days grace`ową".
Kiedy opadła kurtyna z logiem z ostatniej płyty rozgrzane polskie gardła wydały z siebie nieposkromione okrzyki radości, jak gdyby to zespół już wparował na scenę.
15 minut do rozpoczęcia, a z głośników wydobywają się brzmienia zespółów, które wszyscy znają, jak Jon Bon Jovi, Queen, Papa  Roach i Metallica. Tłum śpiewający" Living On A Prayer" czy "We Will Rock You" - było czymś bezcenny i pierwszy raz z czymś takim się spotkałam, miałam małe ciarki na rękach.
Kiedy rozbrzmiał hicior Rage Against The Machine, który rozpoczyna setlistę na trasie, wiedziałam, że to już TEN moment, że za chwilę będzie rozpi*rdol i upał w klubie. Patrzyłam na setlistę poprzedniego dnia w końcu i wiedziałam, że przed bisem, czyli ostatnimi dwoma kawałkami- muszę zmyć się do domu, by móc, jako tako funkcjonować na drugi dzień w pracy.

Panowie z KANADY, rozpoczęli jak zwykle hitem z nowej płyty - "I Am Machine", gdzie poprzedzony kawałek został fajną przemową z automatu, którą bardzo lubię..i te przyciemniane światła..machineeee machinnnneeee machinnne mam w głowie jak mantrę.

fot. Radek Zawadzki 

Następnie poleciał rząd hitów i młodych i starych jak Just Like You czy Chalk Outline gdzie ludzie już byli rozpaleni totalnie i mam wrażenie że od 4 piosenki zaczęło się pogowanie.
Obserwowałam troszkę Anię i ja wiedziałam od kiedy ją poznałam, że w tej mikro fizycznej postaci z ogromnym serduchem i dusza, drzemie iście rockowa dusza i jednak lubi " wpaść sobie czasem w pogo" co nastąpiło na ostatnim kawałku jak się dowiedziałam już z smsa :D

Mimo, że dość banalne i trochę sztucznie wypowiedziane przemowy przed niektórymi kawałkami i znajome już teksty, to jednak lubię Je. Wiecie, typu" życie jest ciężkie i pewnie nie raz mieliście ochotę pokazać jemu"fucka", zróbmy to teraz! " albo w  stylu" pamiętajcie, nigdy nie jest za późno na zmiany" i nagle bang, "Never Too Late" ostry bas i bębny i kolejny kawałek już leci. To są ważne momenty dla buntowniczej społeczności, którą wszyscy reprezentujemy.
Nie ukrywam, że teksty tego zespołu bardzo do mnie docierają, szczególnie w tak kiepskim i dołującym dniu jaki dziś przeżywałam w pracy, a przecież wszyscy tak mamy, że mamy swoje zespoły"od smutków".


Bardzo utkwił mi w pamięci "drum solo" który zaprezentował nam genialny Neil Sanderson, cudna rudość z niego i ah, mogę słuchać Jego brzmień do końca życia i o 1 dzień dłużej.

W przeciwieństwie go gitarowych solówek, drum solo, są dla mnie totalnym przeciwieństwem i zupełnie inną bajką. Bo w drum solo, czuję się jak u siebie w domu.
Po drum solo, nastąpił kolejny rząd hitów. Nie mogę wyjść z podziwu, że...jak można tak zakochać w zespole jak ja to zrobiłam w ciągu pół roku..a jednak :)


Panowie zaprezentowali nam 17 kawałków- tak, drum solo też uważam za genialny kawałek zespołu.
Zmyłam się tuż przed bisami jak wspominałam wcześniej. Uściskałam dziewczyny i mrocząc jak dziecko we mgle pomiędzy tłokiem ludzi, gdzie niektórzy miło się odsuwali a inni twardo stali, wyszłam z sali mało się nie zabijając.
Doczłapałam do szatni, gdzie stałam z 5 minut żeby wziąć ubranie...to co się później działo ? Jednak mogliby większą nieco zrobić tą szatnię w tym klubie, bo to jakaś porażka jest :(

Powiem tak..fotoreporterzy w Progresji łatwego życia nie mają :D Ochroniarze również, ale fani, przednią zabawę z bliskości sceny

Z momentów które utkwiły mi w pamięci ? Na pewno to jak z 10 kolesi bez koszulek rozkręcali pogo na środku sali, po 4 kawałku mało nas w to wszystko nie wciągając :D

Szczerze? Zawsze mam ochotę pójść się poobijać z kolesiami, ale jeżeli ja już równowagi nie potrafię utrzymać przy skakaniu prostym do góry i nadeptuję każdemu z osobna i wszystkim tak samo na stopy, to tam..zabiłabym się.
Poza zabijaniem się, to cieszą niezmiernie takie momenty jak wczoraj, że koleś się jakiś wywalił, biegają biegają wokoło i ktoś go zauważa i od razu inni podchodzą i podnoszą, koleś otrząsa się z wypadku, rozbraja bananem na twarzy i dalej idzie "obijać się". Takie momenty cieszą moje oczy niezmiernie i uwielbiam patrzeć na uśmiechy ludzi podczas koncertów. To jest nasz czas radości, tego nikt nam nie odbierze, tych cudnych wspomnień chwil radości i zapomnienia się.

Powrót miałam spokojny  - pomijając onanizującego się pana w metrze i dziwnego paczenia pana z nocnego autobusu, zmęczona padłam na łóżko tak jak stałam.

Następny wpis zapewne już w niedzielę, po koncercie Mr. Hooka, ale w sobotę pewnie będzie także wpis, kto czytał, ten wie, co będę rano w sobotę robić ;) Czekajcie cierpliwie.

Na dziś nic innego jak Three Days Grace - niech Was nie zrazi brak obrazka, video działa :)

Enjoy!

xoxo




Jeśli czujesz się tak plugawy
tak brudny, tak spieprzony

Jeśli czujesz się tak schodzony
pełen bólu, tak wkurwiony

Nie jesteś jedynym, 
który odmawia, by się wycofać

Nie jesteś sam,
więc wstawaj


2 komentarze:

  1. Taki koncert to fajne przeżycie! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie że fajne i niezapomniane! Warto pójść na swój ulubiony zespół, albo jeden z ulubionych i się wyszaleć i zedrzeć gardło! :)

      Usuń