piątek, 31 lipca 2015

Review - Amy

Wczoraj miałam okazję być na seansie, filmie, dokumencie biograficznym, muzycznym, który w mojej ocenie jest wart 7,5/10.




Samo Kino Muranów zrobiło na mnie małe wrażenie..dziwiło mnie to, że miejsca są nienumerowane, ale mimo wszystko usiadłyśmy przy stoliku i wyczekiwałyśmy godziny 21, choć już o 20.40 stałyśmy, bo ustawiła się w sumie prawie zgrabna kolejka do sali Gerard(przypadeq? Niesondze).
 Wysoko ustawiony ekran, ale mały, brakowało mi tego dużego które są w normalnym kinie. No i ludzie..nie mówię że mi to przeszkadza czy coś, ale jednak..obawiam się że jakbym zaczęła popcorn wpierdzielać, to dostałabym ekhem..ochrzan.

Dokument o dziewczynie jakże szalonej, która od początku, od najmłodszych lat wykzywała charyzmę, buntowniczość, dużą niezależność...która już w wieku 13 lat chciała mieszkać sama i się uniezależnić od rodziców. Mieszkała z dwoma przyjaciółkami.. Podziwiam...jestem pewna, że jeżeli przyjaźń jest szczera i dba się o nią, może przetrwać nawet i 20 lat i nic nie jest w stanie jej rozłączyć. Tak było też w tym przypadku, do końca, szkoda że tak krótko.


Żyła krótko, ale intensywnie. Początek filmu, gdzie pięknym głosem wyśpiewuje swojej 14 letniej koleżance(dobrze mówię ?) Happy Birthday, robi na mnie duże wrażenie..taki talent, taki rzadko spotykany i którego pewnie już nie spotkamy. Amy od początku nie wierzyła że będzie sławna, że swoim głosem może coś zawojować.. dziewczyna o kruczoczarnych włosach, które stały się Jej znakiem rozpoznawczym, zielonych oczach, dużych wystających zębach i ustach z gitarą w ręku z Southgate w północnym Londynie..a jednak stało się i ludzie z branży uwierzyli w nią.
Nie wiedziała o czym pisać teksty, więc pisała wiersze, ale w niedługim czasie zaczęła pisać.. a o czym? O czymś najprostszym na świecie może się zdawać, o własnych doświadczeniach, smutkach, radościach, co się aktualnie dzieje w Jej życiu. Sama mówi, że nie umie i nie wyobraża sobie śpiewać piosenek o czymś czego nie przeżyła, niedoświadczyła. Może dlatego Jej teksty i muzyka tak mocno docierają do ludzi którzy są wrażliwi i emocjonalnie podchodzący do życia.

W filmie nie zabrakło momentu, kiedy pojawił się jakiś kameralny występ The Libertines, Peter również się tam pojawił i coś mówił, ale nie zanotowałam nawet co...podobno była mowa o tym, że odkąd Amy przeprowadził się do Camden, zaznała prawdziwego szczęścia i Londynu...inne zespoły..bardziej gitarowe brzmienia..
A kiedy pokazane było więzienie Pentonville gdzie przebywał Peter i otrzymałyśmy list od niego gdzie przebywał te 4 lata temu, porozumiewawcze nasze spojrzenie było bezcenne :)

Od początku była porównywana do takich gwiazd jazzu jak Nina Simone czy Sarah Vaughan.
Prawdziwy "bum" na Amy, nastąpił w 2006 roku po wydaniu Black To Black, gdzie znalazły się utwory o cierpieniu i o miłości do swojego ówczesnego męża Blake`a, który według mnie, także miał nie miały wpływ na to, co się z Amy stało.



W filmie męczyły mnie ciągłe nagonki paparazii śledzące każdy krok gwiazdy, błyskające flesze które niemalże doprowadzą do epilepsji. W późniejszym okresie, po wydaniu drugiego albumu, potrzebny był już ochroniarz, który później, stał się Jej dobrym przyjacielem, który toteż znalazł Ją feralnego 23 lipca 2011 roku.
W filmie denerwował mnie też przymus czytania napisów z wywiadu który leciał w tle, podczas gdy miałam ochotę patrzeć co się dzieje wyżej ekranu, ale mimo wszystko preferuję filmy z napisami. Do około połowy filmu, jest optymistycznie, kariera pozytywnie się rozwijająca, uśmiechnięta Amy, udany jeszcze związek z Blake, która pragnęła być taka jak on, robić i czuć to co on - odpowiednik dzisiejszych czasów - kobiety bluszcz ?

Przyjemnie patrzyło mi się na krajobrazy Londynu pokazane z pozycji zapewne drona, co spowodowało moje wzruszenie i myśli "boże czy ja kiedykolwiek tam do cholery pojadę?!"
Podczas 2 godzinnego seansu nie brakowało koncertowych fragmentów w bardzo fajnej wersji, kiedy to pokazują pierwsze 5 sekund z koncertu przypuśćmy z Niemczech, a kolejne 10 sekund Jest już z innego koncertu w innym stroju. To było fajne. Druga połowa, była nieco dołująca, powolne staczanie się...utrata wagi, która była przerażająca jakby nie patrzeć.


Co do najbliższej rodziny to Amy bardzo kochała swoją babcię ze strony ojca Cynthię...mama mimo wszystko trzymała się na uboczu, dużą rolę odegrał ojciec Mitch, który myślę, że bądź co bądź ogromną rolę odegrał w zatraceniu się Jej w alkoholu. Choćby scena wyjazdu na wakacje, na odwyk, gdzie tak bardzo pragnęła spotkania z ojcem, który mimo że przybył i był obecny..jakby go nie było..zabrał ze sobą ekipę filmową i nagrywał wszystko co się dzieje na miejscu. W książce o Amy którą czytałam"Ratując Amy. Historia bez happy endu", gdzie obiektywnie jest opisane jak ojciec negatywnie oddziaływał na zachowanie Amy. Swoją rozwiązłość z mężczyznami tłumaczyła rozstaniem rodziców, nie miała nigdy dobrego wzorca...

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości jakie powody były takiego a nie innego zakończenia życia wokalistki. 5 razy więcej alkoholu we krwi, problemy z bulimią o którym się głośno nie mówiło i narkotyki. Aczkolwiek na tytułowym "Rehab" była kilka razy i chciała sobie z tym poradzić. Szczególnie dobrze to widać pod koniec filmu, kiedy został ukazany fragment Jej ostatniego koncertu w Serbii. Wielokrotnie go oglądałam, żeby wypatrzeć każdy fragment, każdy gest, to co się z nią działo na scenie..jak bardzo nie chciała występować..jak bardzo się przed tym broniła, a nikt Jej nie rozumiał..wszyscy chcieli Jej sławy..nie chciałam kolejny raz go oglądać..strasznie przygniębiający jest i smutny.

Zniszczona przez paparazii, media..film ukazuje fragmenty, te śmieszniejsze, ale i te mniej, gdzie najpopularniejsze brytyjskie programy a w nich komicy drwili z Amy i z Jej problemów. Może i było to zabawne dla osób które nie są emocjonalnie związani z Jej twórczością, głosem, czy nawet jak ja, powiązani dodatkowo muzycznie z Jej byłym chłopakiem Peterem.
Tak sobie myślałyśmy z koleżanką po seansie....że może jednak dobrze się stało jak się stało..nie usłyszymy Jej już nigdy na żywo, na zawsze zapisała się w historię muzyki z małym, ale jednak dorobkiem muzycznym...a kto wie..mogłaby dalej się męczyć i cierpieć..i nie umieć wyjść z nałogu. Żal tylko osób, które na prawdę chciały Jej pomóc..ochroniarza, koleżanek.


Myślę, że z całą sympatią do Amy, to jednak bardziej podobał mi się dokument o Kurcie. Może dlatego, że to też historia zespołu a nie tylko indywidualnej osobowości, ale spokojnie mogę polecić Ją fanom dobrej muzyki.

Warto wspomnieć, że Amy miała wystąpić u nas w Bydgoszczy 30 lipca na Artpop Festival. Bilet na trybuny kosztował 130-200 a na GC - 300zł. Zastanawiam się jednak, czy gdyby przeżyła ten tydzień i jeszcze trochę dłużej..to czy Jej występ wart byłby tych 300 zł? Za to co pokazała w Belgradzie? Wątpię..preferowałabym trubunę.

Enjoy!

xoxo


2 komentarze:

  1. Muranów - muszę kiedyś koniecznie odwiedzić!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam ostatnio małe problemy z klawiaturą i nie dopisałam na samym początku, że miejsca były nienumerowane :(

      Usuń