piątek, 3 lipca 2015

Opener Festival - Day 2

Wooooooow! Co to był za zwariowany dzień. Pełen trochę nieprzewidzianych sytuacji, ale miłych. Oj działo się i będę mieć dużo miłych ale i średnio miłych wspomnień związanych z tym festiwalem.



                                                  Nieodłączny zestaw koncertowicza

Dzień rozpoczął się nieco nerwowo. Pobudka o 4 rano..brać moją bluzę koncertową ? Eee taam, przecież takie upały mówią, na pewno będzie mi gorąco. No i to był błąd. Ruszyłam w stronę Dworca Wileńskiego by czekać na dziewczynę i Jej kuzynkę, wraz z Jej dzieckiem(oops) ze strony bla bla car, gdzie do niej zagadałam. 26 latka spod Wawy, okazała się być fanką muzyki disco i takie też hity w samochodzie leciały. Jednak największą panikę miałam, kiedy spóźniły się ponad 40 minut..zrezygnowana że nici z koncertu chciałam już jechać do domu, aż tu nagle telefon, że za 10 minut będą.. Oprócz mnie, była jeszcze jedna bla bla car`owiczka.

Highway To Hell :D

 Ukrainka jak się okazało! Młoda dziewczyna która była już we Wrocławiu..Wawie..jedzie do Gdańska..a potem do Krakowa do znajomych. Niezła jest, że się tak nie boi :D Koleżanka -kierowca niesamowicie rozgadana osoba, pełna optymizmu i ciągle karcąca kierowców w zabawny sposób..nudno nie było. W dzień przed ostrzegła mnie i zapytała czy znam angielski, na co odparłam, że rozumiem, ale mało mówię...bo żadna z nas nie wiedziała że jest ukrainką która trochę umie polski, nie było źle się z nią dogadać..aczkolwiek cichutką osobą była, może dyskomfort czuła, że mówimy do niej po polsku a ona co 3 słowo rozumie.. I tak o 7 wyjechałyśmy z zatłoczonej stolicy i pełenej robotników na drogach..z dwoma postojami na przebranie małego brzdąca, który na prawdę..był grzeczny jak na 2 latka :o !


Do Gdańska dojechałyśmy tuż po 12, odstawiłyśmy koleżankę do hostelu, przesiadłam się na przód i rozgadałyśmy totalnie o wszystkim :D Podzieliły się ze mną kanapką, bo za mało ich wzięłam...shame on me!  Kulturalnie i pociesznie pożegnałam się z towarzyszkami i tuż pod Dworcem w Gdyni wysadziły mnie..poszperałam..popytałam..aż trafiłam na punkt wymiany biletów na opaski, po czy dostałam od nich mapkę Gdyni, festiwalu i wodę, która jak się potem okazało, niesłusznie wywaliłam całą do kosza(brawa brawa dla mnie proszę) bo zobaczyłam że do Openerowego autobusu nie wpuszczają...po czym sie ciemna blondynka domyśliła że chodzi o takie rzeczy jak kawa czy herbata w kubku(OK).


Poczekałam aż odjedzie zatłoczony autobus i podjedzie drugi, bardziej pusty, co nastąpiło za krótką chwilę, za 10 minut odjechaliśmy. Jeszcze wcześniej spotkałam Olę z koncertu Placebo, która przyjechała też na jeden dzień głównie na Eagles Of Death Metal, gdzie miałam wrażenie, że zaraz po Libsach to był drugi headliner o.O Nie mam pojęcia jak grają, ale czas sie przekonać, ale to jak minie depresja :3

Kiedy openerowy autobus pełen podekscytowanej młodzieży podjechał pod Lotnisko Kosakowo, wylaliśmy się z autobusu jak mrówki i powolnym tempem powędrowaliśmy w stronę bramek. Było trochę przed godziną 14, ale zdążyłam idealnie..jak koleżanka stwierdziła - "ale farciara". Trochę po chamsku(ale gorsze chamstwo pod koniec widziałam i słyszałam), wepchałam się do kolejki gdzie ujrzałam dwie koleżanki ..i jedną znając ją z fb, gdzie chyba trochę trzymała się na dystans z początku. Za chwilę otworzyli bramki..było trochę po godzinie 14 i...zaczęłyśmy biec...niewiadomo czemu... bo za chwilę było kolejne gdzie otwierali tuż przed 15 :D No ale, trochę adrenalinki nie zaszkodzi. Stoimy stoimy, zapoznaję się z fankami Toma Odella i dwoma fankami Libsów z którymi potem razem się bawimy.


czekamy.....

Koleżanka doradziła mi żebym ściągnęła kolczyki przed Enter Shikari, bo stracę uszy(miałam małe kotki wkręty), ale się posłuchałam..by tuż potem podziękować Jej za tę radę :D

Bieg pod scenę był krótki, bo była tuż obok..krótki zakręt w lewo i jesteś pod sceną. Dzielna koleżanka jak zwykle kolejny raz spowodowała, że mogłam się cieszyć koncertem będąc oparta o srebrną poręcz. Druga koleżanka zabrała ze sobą ogromną brytyjską flagę, aby wywiesić ją na Libsach..ale zabronili ochroniarze, co zresztą było słuszną decyzją, jak się potem okazało ;p




Słońce prażyło, przykryte brytyjską flagą chroniąc się przed słońcem, wyczekiwałyśmy pierwszych koncertów. Pierwszy wystąpił o 16.30 Marmozets(ja nazwałam ich po prostu Marmoladą). Zespół z Bingley, Yorkshire funkcjonujący od 2011 roku z wydanym jednym albumem 3 lata później. Charyzmatyczna wokalistka z niewiele gorszym od niej perkusistą który był na prawdę not bad *_* Choć może trochę przychudy jak zdjął koszulę. Wokalistka szalała jak opętana...trochę jeszcze bardziej rozbrykana wersja Avril Lavigne....co ja mówię..diabeł tasmański który myślę że świetnie dogadałby się z drugim diabełkiem w postaci wokalisty Enter Shikari. Spocona już po 3 kawałku, ale szczęśliwa, schodziła po schodkach drażniąc się z fanami. Dziękowała i dziękowała. Negatywnie nasza nastawiona część fanów Libsów, zmieniła zdanie. Na prawdę dobre granie. 7,5/10.


O godzinie 18 miał nadejść czas na rok starszego ode mnie Toma Odella z Chichester(lol), kolejny brytyjczyk mający na koncie hit Another Love i po sukcesie nowego albumu, postanowił ponownie odwiedzić nasz piękny kraj. Występ na prawdę ładny..skromny chłopak...klimatyczny..prawie non stop za swoim pianinem czarował damką część publiczności. Od czasu do czasu wstawał i schodził do publiczności by za chwilę porwać biało-czerwoną flagę którą trzymały dziewczyny obok :)

Chórzystki z którymi śpiewał Tom, były genialne..Strasznie uwielbiam czarnoskóre, są zawsze taaakie optymistyczne..kolorowe mimo wszystko :D Publiczność myślałam że będzie się spokojnie zachowywać, a tymczasem był szał :) Występ 7/10




O 19.45 scenę opanował post hardcore`owy z elementami trance, Enter Shikari. (Brak rąk, brak zdjęć :D)Na tyle byłyśmy zaznajomione z twórczością zespołu, że nie wiedziałyśmy nawet z jakiego kraju są. A tymczasem proszę, kolejny brytyjczyczy którym ojj charyzmy i przebojowości nie brakuje. Miałam wrażenie że grają 3 godziny..serio. Mimo że na scenie wojowały 4 chłopaków, to zachwyconych chłopaków wśród publiczności nie brakowało, a co za tym mam na myśli, na prawdę sporo ich na nich przyszło. Wokalista Rou, rzucał mikrofonem, biegał między publicznością, grał na klawiszach w pozycji "pompki" i wspinał się po rusztowaniach by za chwilę spokojnie usiąść na scenie ze zwisającymi nogami i zamyśleć się. Co najlepsze, że totalnie po 3 członkach, nie widać, że grają TAKI typ muzyki...wokalista w niebieskiej koszuli, reszta też w miarę..potem perkusista zdjął koszulkę pokazując swój nagi wytatuowany tors, który jako członek zespołu nie przypadł mi do gustu. Uwielbiam kiedy perkusiści są zachwyceni grą, ekscytują się tym i pokazują to..ale nie podobało mi się w jaki sposób on to robi...może trochę lansując się..




Ogólnie muzyka z początku zrobiła na mnie negatywne wrażenie, ale po chwili..z każdym kawałkiem było nieco lepiej i mogłam wyczuć rytmy które podobały mi się. Ludzi będących "na fali" nie brakowało.. koleżanka myślała że zginie, bo tak często przez nią wyciągali ludzi z tłumu, ja też się ukrywałam jak mogłam..ochroniarz pokazał jak zakrywać głowę :D Ogólnie było ogromne szaleństwo. Myślałam że za nami stoją dziewczyny, a la"zespół jest znany, nie znam żadnego kawałka ale mam czerwone usta i chce się pokazać" takie nie były, pamiętajcie pozory mylą! Śpiewały większość kawałków.
Razem z koleżanką rozstąpiłyśmy się i przepuściłyśmy kolesia który chciał być tylko na nich. Kulturka pełna i z naszej i Jego strony. Na koniec taki fart, że ręcznik ze sceny wylądował na ochroniarzu, po czym podał go kolesiowi obok. Haha, no mój drogi, dzięki nam! Koncert - 8/10

Faktycznie bo buchającym ogniem i fruwających gitarzystach i macankach przyszedł długo przez nas wyczekiwany czas...z tyłu się uluźniło..że było dalekie pola widać i publiczność się rozeszła...a my sterczymy jak te surykatki i trzymamy uporczywie swoich miejsc. Przybywa ludzi ze znanymi nam twarzami na koszulkach.

O dziwo i mimo ciepła które szło od publiczności było chłodno, koleżanka mnie o tym uprzedzała, szkoda że dopiero w Gdyni :D

Czas zleciał na prawdę szybko..nie wiem jakim cudem...obserwowałyśmy jak przybywa powoli ludzi..myślę że bardziej z ciekawości.."co to za zespół, a pójdę zobaczę".. i sądzę, że Ci którzy przyszli..nie rozczarowali się..
Nie wiem czy punktualnie czy nie, ale wywieszona flaga Up the Bracket (którą sama pare lat temu farbami namalowałam) spowodowała że co jakiś czas wrzeszczałyśmy jak psychiczne. Z boku obserwował publiczność menedżer Petera, Adrian Hunter...a ja ekscytowałam się nawet widokiem liter "Babys" na jednym pudle za kulisami, co może oznaczać tylko jedno..Babyshambles :) A jak wiecie, preferuję bardziej ich niż Libertines, ale w końcu to od nich się zaczęło. Fotografów nie zabrakło. Kiedy usłyszałam po angielsku " girl in t-shirts" to wiedziałam że chodzi o naszą dzielną czwórkę, gdzie miałyśmy napisy z nazwą zespołu. Jak do tej pory odnalazłam się na jednym zdjęciu :P

Kiedy powoli z lewej strony zaczęli wychodzić członkowie zespołu rozpętało się małe piekiełko..ludzie napierali, było baardzo, ale to bardzo ciasno, ale oddychać dało radę. Pierwszy raz miałam torebkę przez ramię która trochę mi brzuch i żebra ochroniła przed siniakami, co nie zmienia faktu, że je posiadam :P Pierwsze kawałki to takie standardy jak Campaign Of Hate, Time For Heroes, Horrorshow by przejść do spokojniejszego Music When The Lights Go Out które nagrałam można powiedzieć w całości, aczkolwiek podziwiam osoby z pierwszych rzędów, jeżeli nagrały to w świetnej jakości, bo to graniczyło z totalnym cudem, przez napierający i ściskający tłum.
Szczerze mówiąc, że zespół występujący przed był hardkorem, ale to nie było to, ludzi unoszonych na fali przybywało...w pewnych momentach widziałam ciągle przed sobą tylko spodnie a raczej ich rozporki haha.

Chłopcy zachwycili publiczność także i znanymi chyba wszystim kawałkami jak What Katie Did czy Don`t Look Back Into The Sun. Wśród znanych hitów nie zabrakło świeżej bułeczki w postaci nowego singla Gunga Gin, które na prawdę mi się podoba, mamy już teledysk...aczkolwiek w wersji live ciężko było mi zapoznać się z muzyką...dopiero w domu usłyszałam jaki to super kawałek, bardzo libsowy.


Kiedy zabrzmiało You`re My Waterloo zrobiło się nieco intymniej i romantyczniej..w końcu piosenka bardzo znacząca dla mnie jak i pewnie dla Carla i Petera. Carl grający na klawiszach chyba  ? Peter podchodzący do niego z nonszalancją, kapeluszem w ktorym są biało-czerwone barwy i porwanych pod tyłkiem spodniach (czyli w swoim stylu). W pewnym momencie zszedł do publiczności i wziął czapkę marynarza z napisem Albion jak dojrzałam od jednej z dziewczyn i przekazał Johnowi w której grał przez resztę koncertu :)

 Bromanców było sporo, stykania się głowami, wspólnego śpiewania do mikrofonu. pisków dziewczyn.




Dalej nie wierzę, że ich widziałam..że zespół który poznałam 4 lata temu, jednak się reaktywuje i usłyszę największe kawałki na żywo..że Petera widziałam to wiem..bo drugi raz..to wiem że istnieje..ale reszta zespołu? To chyba był jakiś sen :)

Jak tylko skończył się koncert postałyśmy chwilę, po czym jakaś dziewczyna powiedziała nam, że nie wyjdziemy bo wszyscy pchają się do przodu..no to koleżanki wyciągnął ochroniarz (taaak ten ładny w okularkach który mi się podobał :3), również i mnie cudem wyciągając bo za lekka to ja nie jestem :D
Potem pochodziłyśmy trochę we 3 po terenie..było mi okropnie zimno i marzyłam o tym, żeby napić się czegoś ciepłego...teren..bardzo rozległy...OWF to na prawdę coś malutkiego, a mimo wszystko, czuję do niego sympatię.
Miałam zostać na jakimś zespole występującym..na Alter Stage bodajże, ale zrezygnowałam i o 1 powoli skierowałam się do domu, rozstając się z dziewczynami w bądź co bądź, średnio miłej atmosferze.


                                                Gdańsk taki ładny i artystyczny :3

Jednakże jestem z siebie dumna, że dojechałam sama do domu, poradziłam sobie z dojazdem. Znalazłam autobus openerowy, wyjście. A w środku autobusu? Tłok oczywiście ale i głośne pretensje...chyba Amerykanek.. bo łatwo można było je zrozumieć. Spierały się podchmielone dziewczyny z jedną polką która miała zajęte miejsce w autobusie przez znajomych i się zaczęło ubliżanie pod postacią" jesteś gruba, spierd*laj, ona musi siedzieć bo jest gruba, przepuść ją... całe 15 minut słuchania takiej wymiany zdań i stania przy tym, było na prawdę niekomfortową sytuacją..ale jak to w Polsce...psychologia tłumu..nie mi się dzieje krzywda, nie mój interes. A może nie każdy na tyle pewnie czuł się z angielskim na siłę....
Za 15 minut KFC zamykano więc się załapałam i najadłam.. o 4 bus do domu i o wschodzie słońca z romantycznymi widokami za oknem ruszyłam spowrotem do domu by popaść w depresję pofestiwalową :)

                           Staaaaaaaaaaaaaaaaaaaaay with meeeee staaaaaaaaaaaaaaay

Ogólnie uważam, że sam festiwal jest bardzo dobrze zorganizowany. Komunikacja świetnie zrobiona, widać gdzie co jest, a informatorzy wiedzą jak się o coś człowiek zapyta. Może gdyby w porze nocnej byli lepiej oznaczeni i więcej ich chodziło to by było lepiej. Czy kiedykolwiek na niego wrócę ? Być może, jak zagra na nich The Prodigy czy Muse z pewnością :)

Na koniec relacji coś Libsowego bo jakże inaczej :)

Enjoy!
xoxo

Sprowokowany, chłopiec wypiął się na świat
Świat też się wypiął, tylko że w cholerę mocniej



4 komentarze:

  1. trolololo, pomaranczowe sznurówki trololo, Aga taka odważna, bla bla car, Aga taka łakoma kfc, Aga taka dalekobieżna, Aga taka #fit

    OdpowiedzUsuń
  2. Prodigy grali przecież w tym roku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tak, ale miałam bilet na 1 dzień i tylko Libsach mi zależało. Bo Prodigy jeszcze przyjadą nie raz :)

      Usuń