środa, 17 czerwca 2015

OWF - DAY 3

Co to był za dzień! Na pewno jeden z tych, tak samo będzie pamiętnych niczym Kasabian w Berlinie czy na Orange zeszłorocznym. bo było najlepiej!




Nasze początkowe miejscówki = od godziny 14-23.15 ;D

Dzień 3 rozpoczęłam intensywnie, po 4 godzinach snu pobudka i wyjazd na Centralny po moich towarzyszy nadchodzących koncertów - Marcela i Klaudię..Oczywiście jak na złość, opóźnienia autobusu i wieczne korki nie pozwoliły mi na wcześniejszy przyjazd, więc po wyściskaniu się w Mcdonaldzie, pojechaliśmy na służewiec, aby wciągnąć się nieco w festiwalowy klimat i poczekać aż godzinę do otwarcia bram. Minęło pół godziny niecałe, aż tu miły chłopak z kamerą się pojawia i wypytuje nas(bless u really Marcel za tę koszulkę) na kogo czekamy, jak mi się podobał festiwal, co mi sie najbardziej podobało przez 2 dni i w szczególności jak wypadł Noel i Paloma Faith(ponoć fan Oasis). Oglądając filmiki zaprezentowane przez orange, mogę siebie na nich dojrzeć, wię moja 5 minutowa gadka szmatka, nie poszła na marne. Choć nie wiem czy miłe to jest mówić że przyszło się zobaczyć Bastille czy Metronomy z koszulką Muse :D

Kiedy otworzyli powoli bramy, oczywiście wpuszczali partiami żebyśmy się nie pozabijali przypadkiem..stanęłam w kolejce za jakąś dziewczyną po czym Pan krzyczy obok i zaprasza mnie do siebie na sprawdzanie, szybko i sprawnie, gonię Klaudię. Marcel stoi i się pitoli, ale dogania nas bo my już straciłyśmy siły i idziemy. Drugie sprawdzanie, znaleźli mu butelkę wody i znów został w tyle, a my biegniemy, potem już idziemy.. dzwonię do Marcela gdzie jest bo go nie widać, ale odnajdujemy się już przy scenie. Barierka uratowała nam życie. Serio, nawet boczna.

Oczekiwanie nam się strasznie dłużyło, ale zawsze tak jest, niestety. Pełni wiary i nadziei że wyjdziemy z tego cało i żywi z małym ale jednak ciągle zapasem wody wysłuchaliśmy koncertu Birth Of Joy czyli holenderski zespół psychodelicznie rockowy, na prawdę zrobił dobre wrażenie na publiczności. Choć nie krzyczałam ani nie klaskałam, bo oszczędzałam się na 22.30 :3
Występ 6,5/10

Krótko po godzinie 16 wyskoczył ciemnoskóry Benjamin Clementine, brytyjski muzyk i poeta, który oczarował warszawską publiczność. Nas też, ale wywnioskowaliśmy że bardziej by się przydał jako support Muse na uspokojenie przed burzą koncertową. W pewnym momencie zaczęło nam się chyba troszkę nudzić i wydawał takie dźwięki, niczym Matt Bellamy, więc zaczęliśmy się trochę nabijać i podśpiewywać, a pani z piwkiem chyba lekko się oburzyła i była fanką tego pana bo powiedziała- "jeżeli nie chcecie słuchać i przyszliście na Muse, to chociaż cicho bądźcie ". Pytań brak :>
Szkoda tylko, że nie było jej na Muse to mogłabym ochrzanić w stylu, ale dlaczego Pani nie klaszcze, tylko stoi jak słup ? Dlaczego Pani żadnego tekstu nie zna ? Wie Pani chociaż skąd oni są ? Nie? O to serdecznie zapraszam za teren festiwalu, bo skutecznie Pani zniechęca nas do cieszenia się chwilą.
Tupet.Pf.

Po 17 zaczął się nieco robić intymniej z prawej strony sceny, a to za sprawą za chwilę występującego Metronomy. Ci od" The Bay" na prawdę nie byli źli. Z przykrością muszę stwierdzić(sorry Marcel), że chyba też zakochałam się w uroczej perkusistce, mimo że znam tylko ich hit i nic poza tym. Ładne biało -niebieskie stroje. Humory dopisywały. Kontakt z publiką dość średni... Jednakże 6/10 mogę dać.




Tuż po wieczorynce orange stage opanowali panowie z Londynu, legendarni można by rzec i uwielbiani przez polską publiczność- Bastille. Szczerze ? Polubiłam ich tylko trochę bardziej po zobaczeniu ich na żywo. + 500 do samooceny dla nich za to, jaki mają kontakt z fanami. Szczególnie wokalista, który brykał między fanami, zabierał im flagi żeby móc położyć je na scenie i wchodził na podest przeznaczony dla głównego kamerzysty, tym samym powodując, że znajdował się idealnie nad naszymi głowami, a Marcel zrobił super zdjęcia(mój fotograf 3 dnia <3). Wszyscy jak jeden mąż śpiewali największe hity. Things We Lost In Fire, po raz kolejny mnie przekonało, że jest genialną pioseneką i drugiej takiej nie ma. Nie zabrakło akcji koncertowej jaką były jaskrawe trójkąty które wszyscy wyciągnęli na pierwszej piosence + widziałam pare kartek z " I killed Laura Palmer". Trójkąty były rozdawane, więc i nasza święta trójca także wzięła i robiła to co wszyscy, bo czemu nie? Wtem nagle słyszę - Agaaaa. Po co te trójkąty itd ? A to Ania od Hurts i Depeszów :3 Więc wyjaśniłam krótko - nie mam zielonego pojęcia, dają to biorę, będę robić to co wszyscy! :D I tak też było. Ocena - 8/10. Na pewno byłoby więcej gdybym znała teksty.

Po godzinie 20, kiedy słońce miało się już ku zachodowi, na scenę wyszli Panowie z Incubus utworzony 3 lata wcześniej od Muse, zespół rockowy. Moje wrażenia ? Może byłyby sto razy lepsze, gdyby wokół mnie ludzie też skakali i machali a nie tylko gadali czy sprawdzali ile to lajków na fb dostali (Ekhem Marcel :p). Jednakże i tak uważam że prawa strona wygrała i sie najlepiej bawiła. Lepiej od lewej. Nie wiem w sumie kogo mi było bardziej szkoda, czy własnie Panów na scenie czy też znudzonych fanów do których miałam wrażenie, ich muzyka nie docierała. Do mnie docierała jak najbardziej, jednakże sam koncert ..to tak nie bardzo. Chyba bardziej żal fanów...zmarnowanych po Bastille i oczekujących na gwiazdę wieczoru. Ocena - 5/10



Zaraz po koncercie obługa zaczęła rozbierać podest na którym skakał wokalista Bastille..jakże się cieszyłam że tego dziadostwa z rurami nie będzie. Zawsze więcej miejsca i powietrza. Pan rozkręcając jedną z rur mocno nacisnął i zaskrzypiało przy nas niczym paznokciem po tablicy czy szybie, a wszyscy takie "auuuuuuu", a on z poczuciem humoru- no co, to lepsze niż Muse :D


Mała dygresja. Własnie jak piszę to, to został przeczytany na antenie Eski Rock mój sms, gdzie napisałam, że właśnie piszę posta na bloga z 3 dnia orange :D

Ok. powrót!



Kiedy nastała cisza, wszyscy zaczęli się pchać jak opętani by nagle usłyszeć głos sierżanta i posłuszność fanów w stylu -AI SIR!. Psycho zrobiło na mnie ogromne wrażenie 10/10 dla tej koncertowej piosenki..bez dwóch zdań..nawet znienawidzone potem Supermassive Black Hole zaczęło mi się podobać przez to :D Na Psycho wyciągnęliśmy wszyscy kartki z My ass belongs to Muse now, a po kawałku dość wyraźnie zostało odśpiewane Happy b-day dla baaardzo pozytywnie zaskoczonego Matta :))
 Potem byłam tak oszołomiona, że nawet nie rozpoznałam The Handler czy Interlude - gdzie nie wiedziałam przed jaką piosenką występuje do tego charakterystyczne intro... to mogła być potem tylko Hysteria, gdzie darłam sie wniebogłosy - bo tylko to mogłam robić, bądź machać jedną ręką, bo drugą trzymałam się miejscówki, którą po chwili i tak straciłam bo z każdym kawałkiem coraz dalej mnie nosiło do tyłu o.O

Dead Inside jest dobrym kawałkiem, na koncert tak, ale tylko zwrotki i riff końcowy.....refren w sumie nie jest dobry, trochę się zawiodłam, jednak na płycie, kocham ten kawałek...
Potem nastąpiła czysta apokalipsa pod postacią wspólnego grania Doma i Chrisa - tego pierwszego usilnie starałam się dostrzegać jak najcześciej ale już bok tak bardzo bolał że prawie nie mogłam, za to tego drugiego może ze 3 razy ujrzałam :D To był mój koncertowy majstersztyk, najbardziej mi sie podobał i zrobił wrażenie. Dzięki chłopaki!

Potem było Madness które mimo wszystko śpiewałam jak i reszta, choć nie przepadam. A wracając do domu nuciliśmy że jesteśmy Padness. :P

Apocalypse Please pewnie jak połowa ludzi - nie rozpoznałam co to jest, dopiero wracając do domu wiedziałam i cieszę się że usłyszałam go na żywo, choć wolałabym np. takie Unintended czy New Born choćby.



                                                           Dom nom nom nom :3


Na Mercy jak wszyscy wiemy wystrzeliły biało czerwone serpentynki wraz z konfetti, które wszyscy usilnie łapali. My także nie jesteśmy inni i mamy swoje zdobycze :D

Time Is Running Out powiem Wam, że zrobiło na mnie duże wrażenie, nie wiem... bo przecież to jest taki podstawowy kawałek wszyscy go znają, a mimo to okropnie się ucieszyłam że go usłyszałam haha :D

Repears standardowo nie rozpoznałam i nie będę się więc wypowiadać bo niewiele pamiętam, za to doskonale pamiętam.

Na Stockholm Syndrome kolejna niespodzianka. Hullabaloons powędrowały w górę nad publicznością. Ogromne 3 metrowe czarne kule przetaczane przez środek barierek i kopane przez crew do góry sprawiały nam tak wiele przyjemności, że chyba mało kto skupił sie na samym kawałku. Odbiłam balon aż raz. Podobno w niektórych po zbiciu były koszulki :)

Uprising, Starlight(nie miałam znów rąk) i KoC, jak najbardziej koncertowe kawałki sprawdziły się totalnie.. Występ 9,5/10.

Po koncercie  ledwo co mogliśmy chodzić. Byliśmy w końcu Padness.. chciało się pić, może trochę jeść. Zanim wyszliśmy z tłumu, trochę się zeszło, wędrowaliśmy wraz z wielkim tłumem w kierunku centrum wymieniając koncertowe wrażenia i fotografie.


Koncert uważam za udany, jednak chyba mniej się zmęczyłam niż na Kasabian w zeszłym roku. Tam byłam totalnie ściśnięta. Tu też, ale krzywo stałam i mam siniaki dlatego + teraz chyba wychodzi mój piątkowy deszcz, katar i ból gardła. Byle do upragnionego wolnego.
Cieszę się, że po raz drugi mogłam zobaczyć jeden z najlepszych zespołów koncertowych świata, to na pewno nie ostatni... depresja wciąż trwa...pod postacią Papa Roach, Three Days Grace i Muse.

Ogólnie organizację festu uważam za udaną. Siedząc przed Muse dwa razy chodził i patrzył Jaśnie Pan Metz. Aż dziw że nikt nie podszedł i go nie zaszczelił za te ceny biletów ;D

Pozdrawiam i dziękuję wszystkim z którymi bawiłam się na festiwalu i utwierdzam się w przekonaniu że nie ma nic gorszego chyba jednak od niezwiązanych długich włosow na koncercie </3 (pozdrawiam Klaudię i Jej włosy w mojej buzi :D ),  tych znajomych i mniej znajomych, mam nadzieję że do zobaczenia na kolejnych koncertach, a teraz na dobranoc coś mjusowego :)

Branoc orandżowcy :D






4 komentarze:

  1. U mnie depresja pokoncertowa wciąż trwa, ale cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tak wspaniałym wydarzeniu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie depresja również. Klasycznie tak bardzo <3 Three Days Grace non stop w odtwarzaczu :) Co by nie mówić headliner im się udał :)

      Usuń
  2. ciekawe kto to ten Marcel, widzę ze jest bardzo przystojny ;d

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma to jak świetne mniemanie o sobie no nie ? :3

      Usuń