sobota, 18 kwietnia 2015

CONCERT - ROBBIE WILLIAMS

Wooooooooooooooooah! - Takim oto stwiedzeniem można opisać wydarzenie jakie wczoraj miałam okazję przeżyć. 10/10 dla tego 40 letniego pana z duszą 20latka albo i mniej :) A kontakt z publiką + 1000 do samooceny Robbiego :D Dziękuję za tak wspaniały wieczór i noc!





Od początku, tak jak zawsze! Wyjechałam z Warszawy o godzinie 6, przy okazji wracając sie do domu bo oczywiście zapomniałam telefonu(a bez tego, uwierzcie mi - krucho byłoby sie nam wszystkim spotkać razem). Pogoda zachęcała, zawsze jadąc polskim busem lubię patrzeć na lotnisko Chopina, takie ogromne i potężne, a przy mglistym wschodzie słońca- miało swój klimat. Wraz ze zbliżaniem się do Krakowa i wymianie z towarzyszkami podróży znalezionymi w internecie- Kasią i Klaudią przynajmniej 20 smsów, dotarłam z kilkunastominutowym opóźnieniem na dworzec. Z dworca odebrał mnie nowo poznany kolega w którego informacje zagłębiać Was nie będę by oszczędzić Wam wrażeń. Poszliśmy szybkim krokiem po Klaudię, która od razu spodobała mi się jako osoba, Jej osobowość. Rozgadana, ale kochana osoba, ciągle myślała o nas i dbała o to abyśmy się nie rozdzielały. Udaliśmy się dwoma tramwajami pod Arenę gdzie było...może z 5 minut drogi szybkim tempem ? Na prawdę jest niedaleko czym byłam miło zaskoczona.


Pogoda pozytywnie nie nastrajała, aczkolwiek humory nam dopisywały i od razu znalazłyśmy wspólny język, opowiadałyśmy sobie nawzajem wrażenia z koncertów. Klaudia pisywała 30 Seconds To Mars w Rybniku, tak barwnie, że nie dało się nie śmiać. Docierając pod Arenę, musiałyśmy przejść ją wokoło, szukając wejścia GA1...trochę dziwnie to było wszystko zrobione..wszystkie grupy- GA1, GA2, Inner Pit i Trybuny, były nieźle porozdzielane...i bardzo daleko od siebie porozstawiane. Kiedy zobaczyłyśmy powiewającą GA1 flagę ruszyłyśmy wolnym krokiem i zobaczyłyśmy kółko różańcowe w postaci Niemek, Angielek, Włoszek czy Szwajcarek, okey - 3 polki też tam były - ale z nimi nie trzymały. Dzięki tym cudzoziemkom, czułyśmy się nieco jak na zagraniczym koncercie...trochę byłam zażenowana, bo w końcu to Kraków POLSKA, no halo, gdzie są nasi ?? Moje obawy jak się wkrótce stało były bezpodstawne. Panie te(bo jednak były wśród nich osobniki płci damskiej wiekiem przybliżone do 50+), wymyśliły sobie aby numerować ręce..aby w razie czego ...że jeżeli ktoś do toalety będzie chciał wyjśc to nie będzie potem awantur, szkoda tylko że do nas ta blondi nie podeszła, bo chyba jako jedyne nie miałyśmy numerków, ale jakoś tym faktem zbytnio zażenowane nie byłyśmy. 


Fota z serii" jest fajnie, siedzimy, wieje trochę i jest zimno". Jak to Klaudia by powiedziała" trochę popizgawa"

Druga towarzyszka przyszła koło 14.30, koncertowa debiutanka, trochę zmachana i w samym sweterku, bo zostawiła bagaż w skrytce na dworcu, ale podziw że nie zamarzła nam tam (dzielna Kate! :* ) Potem jeszcze dołączyła do nas koleżanka z którą mam się wybrać na 1 dzień OWF, która okazała się być super miłą osobą; posiedziała z nami z godzinkę, może półtorej i poszła dalej zwiedzać świat ;))

Około godziny 17 kazano nam się ścisnąć w tłumie, co na prawdę szybko i sprawnie poszło i od razu poczułyśmy że jest nam zdecydowanie cieplej. Potem (nie wiem kto to wymyślał), przyszło dwóch kolesi którzy dawali nam pomarańczowe opaski - zamiast rozdać nam kiedy kolejka była chuda i długa to oni woleli się wmieszać w tłum i w tym tłoku je rozdawać - OKEY.


Zestaw małego koncertowicza

Nie patrząc na godzinę, słuchając ogłoszeń panów ochroniarzy ze standardowej koncertowej Fosy, aby nie biegać - bo jeżeli kogoś zobaczą, żeby biegnie to ściągną ją z trasy i ..przytrzymają? Coś w tę deseń.. Kiedy większość osób była z zagranicy, trzeba było im oczywiście tłumaczyć, ja panikując i nie wiedząc co odpowiedzieć i jak w jednym zdaniu powiedzieć 10 zdań wymówionych przez kolesia, streściłam krótko - DON`T RUN because OUT FROM WAY - haha nie wiem co to miało być, ale starałam się, a że pani miła była to zaśmiała się że właśnie on powiedział tyle słów do nas i że to wszystko znaczyło tylko Dont Run :D No ale tak też było. Nie biegliśmy, a raczej szybszym tempem poszliśmy w dół po płaskim betonie(coś podobnym do zeszłorocznego OWF, gdzie trzeba było biec w dół)..i potem znów oczekiwanie..tym razem na sprawdzenie toreb, niewiele tego miałam więc tylko musnęła moją nerkę i pobiegłam do następnego sprawdzania(choć dziewczyny wytrzymać ze śmiechu nie mogły bo po przebiegnięciu 100 metrów już krzyczałam, że NIE MO GEEEE JUUUŻ), a najbardziej zachęcałam do szybkiego biegu :p

Kiedy dobiegłyśmy do kolejnego punktu sprawdzania, tym razem skanowanie biletów..kazano ustawić się nam w 4 rzędy, co w miarę wyszło, ale nigdy nie będzie idealnie, wiadomo, mieliśmy do tyłu się odsunąć, a kiedy to robiliśmy, pchano nas do przodu no i powodzenia w takim razie, aż w końu niepostrzeżenie zaczęto nas wpuszczać..a raczej rzekłabym że wszystkie 3 bramki..a idealnie, na prawdę idealnie..przede mną kolesia skanowano z conajmniej minutę..co przecież jest ogromną stratą czasu, ale musiałyśmy biec razem aby się nie zgubić, choć założenie było takie że biegniemy w prawą stronę sceny i tak też zrobiłyśmy i jeeeeeest mamy ten upragniony wybieg na wyciągnięcie ręki i oparcie.

W serduszku ładny chłopaczek z kolegą. A ten ładny chłopaczek mimo oporów i przeciwieństw jakie próbował stawić ochroniarz - uścisnął dłoń Robbiemu :) (i to hejterskie potem jego spojrzenie na ochroniarza -bezcennie). Ah, no i pani ochroniarz która chyba miała 50 stopni gorączki i ciągle kasłała D:

 Szkoda, że był całkowity zakaz wieszania kurtek na barierce, torebek itd...co trochę nas zaskoczyło a moja kurtka wylądowała wraz z wibrującym telefonem od słabej baterii w nogach Klaudii, którą już tak bolał kręgosłup, że musiała usiąść.

Oczekiwanie umilałyśmy sobie robieniem selfie, komentowanie rzeczywistości wokół nas i tym jak to nie możemy się już doczekać, kiedy ujrzymy naszego bohatera na scenie. 
Jak w poprzednim poście wspomniałam, supportem były szwedki z zespołu Baskery, które baardzo udanie rozgrzały publiczność, siostry w glanach i krótkich spodenkach porwały publiczność do klaskania a potem jeszcze zagrały z Robbiem jedną piosenkę za którą nie przepadam, ale wpasowały się w nią idealnie - Road To Mandalay.
Nie patrzyłam szczerze mówiąc czy zespół należy do punktualnych, ale kiedy tylko pogasły światła i zespół zaczął wchodzić na scenę na wielkim z tyłu tle pojawiały się różne napisy typu tego obok, któremu towarzyszyła podnosząca na duchu muzyka który filmik opublikuję na końcu.
Przed wejściem Robbiego kręcił się koleś od Jego ekipy którego zadaniem było zabezpieczanie gwiazdy, ale i również przekręcanie monitorków kiedy był na wybiegu, gdzie leciał tekst i co ma powiedzieć, miałyśmy wygodny wgląd na to będąc niedaleko jednego z monitorków( i to niezapomniane napisane fonetycznie Dobhyy wieceeeer Cracoww!)  wskazał na mnie palcem do kamerzysty który koło nas stał, a doskonale wiedziałam że na piosence Candy, jest wybierana dziewczyna i idzie z Robbiem na scenę do łóżka...okeey..z początku nie wierzyłam w prawdziwość tego że to się może stać, ale z czasem..kiedy wiedziałam że zbliżał się moment tej piosenki - wierzyłam, że może mnie wybrać...jednak to był fake i wolał wybrać kogoś ze strefy Inner Pit i bez problemu przedostać się na scenę wraz z nią, jednak wiedziałam..to mogło być zbyt piękne żeby było prawdziwe :(  Szkoda, bo myślałam że to będzie jedno z najpiękniejszych przeżyć w życiu i wspomnień, ale i tak Candy była urokliwą piosenką.


A potem ? Niczym feniks z popiołów wyrósł przed publicznością z podłogi na środku sceny sam Peter Robbie Williams ! Okrzykom, oklaskom nie było końca..para za nami która tak zgrabnie sobie mówiła czułe słówka wreszcie zamikła i mogliśmy usłyszeć pierwszy czyli Let Me Entertain You za którym nie przepadam, to jednak wiadomo jak to bywa- na 1 piosence zawsze jest szał i tak było teraz :) Rock DJ, całkowicie rozszalał halę, tak samo jak genialna mieszanka piosenki Lorde - Royals, wraz z Bodies <3 Przed swingującą wersją mojej ulubionej piosenki, czyli Supreme, było pare pogadanek w stylu Robbiego, a wszyscy wiedzą że ma On genialny kontakt z publicznością :) W Swing Supreme pan Williams przebrał się w gustowny frak, niczym pianista i chodził i zachwycał swoim urokiem i brytyjskim spojrzeniem udając Michaela Buble, wiadomo - wolałabym energiczną wersję, ale swingująca też została przeze mnie zaakaceptowana. Następnie był coverowy czas- Ignition - R. Kell`iego i Shout The Isley Brothers. A potem ? Wydaje mi się, że poleciało krótkie Go Gentle gdzie poprzedziło je znów przemówienie Robbiego na temat swojej 3 letniej córki Theodory Rose dla której został napisany ten kawałek, a już sie ucieszyłam że będzie pełna wersja i coś się zmieni jednak w tej setliście :)

Robbie mówił także o różnych wpadkach jakie żona i Jego córka miały w miejscach publicznych i jakie problemy potrafiała sprawiać, co na prawdę było urocze z jakimi emocjami o tym opowiadał :)

Better Man, które jako jedyne nagrałam, bo stwierdziłam że to jest zbyt piękna piosenka aby ją pominąć...do piosenki dołącza na trasie tata Robbiego - Peter, co można było okrzyknąć jednym z najpiękniejszych momentów koncertu. 


To, że wybrałam się na koncert artysty który tryska poczuciem humoru i zachwyca publiczność tym jaki jest kontaktowy i energiczny, to nie miałam żadnych wątpliwości. Dobrym choćby przykładem jest słynny film w internecie, gdzie rozbawia żonę w bólach, która rodzi syna - Charltona Valentine i śpiewa Jej piosenkę :) Na koncercie natomiast kazał buczeć na siebie i resztę zespołu, że tak długo ich w Polsce nie było, ani na trasie Swing Both Ways :) - co niestety trzeba było usłyszeć na żywo żeby poczuć ten klimat.

Po Better Man, zaczęły wysypywać się jak z rękawa, same asy koncertowe- We Will Rock You z przejściem w I love rock`n roll,  No Regrets, Come Undone gdzie cała arena wypełniła się lasem machających powoli rąk i Candy, gdzie urocza kruczoczarna mężatka została zaciągnięta na scenę do łóżkowej sceny gdzie w sumie mogła rozbawić swoją średnią znajomością angielskiego. Podziwiam ja za odwagę, że rytmicznie się ruszała i nie wstydziła i no i zazdrość ogromna :) A na kołdrze- małym telebimie, pokazywane były różne taneczne ruchy i nie tylko ;) które były wykonywane pod kołdrą :)  I potem wspólne przejście wraz z muzykami przez cały wybieg. Feel zostało zaśpiewane epicko - z początku myślałam że faktycznie umie przerywać tak tekst swojej piosenki, ale jednak to skutecznie mikrofon był wyłączony w odpowiednich momentach, a ludzie śpiewali z całych sił I just wanna feel real love, Feel the home that I live in <3


                                                  Fak jee! Moja fota koncertu! :D

Kids również wszyscy śpiewali, standardowy kawałek śpiewany wraz z jedyną w swoim rodzaju Kylie Minogue z jednym z najbardziej skocznych refrenów koncertu gdzie nie skakanie było nie wskazane - no chyba że stoi koło Ciebie pani wyglądająca na lezbijkę i filmująca prawie każdą piosenkę i musisz uważać aby jej nie szturchnąć - bo awantura gotowa <3


Po Dzieciach chwila przerwy, na scenie pojawiły się 3 albo 4 duże, srebrne głowy Robbiego migocące i oślepiające swoim blaskiem niczym na trasie Take the Crown. Tupanie ludzi stojących na płycie i okrzyki zostało pozytywnie odebrane przez artystę i wyszedł ponownie...a raczej znów wyskoczył w swoim stylu = z podłogi :P W przebraniu a la Mr Mercury porwał publiczność przebojem Queen Bohemian Rhapsody. Nie wiem jak według ludzi od zawsze kochających się w Queen, ale według mnie, Robbie ma na tyle piękny mocny głos z domieszką chrypki, że sobie świetnie poradził z tym kawałekiem a panowie z Queen będący w tle w kluczowych momentach piosenki - tylko dopomagali mu :) 




Na ostatni ogień poszedł Williamsowy klasyk, Angels, gdzie akcja koncertowa w postaci biało-czerwonych moim zdaniem wyszła bardzo udanie. Akcja była szeroko nagłaśniana w mediach co spowodowała że sporo osób się o tym dowiedziało, zakupione ryzy papieru i rozdawane przed bramkami były bardzo dobrym pomysłem..



Po koncercie wymieniałyśmy jedna przed drugą swoje wrażenia i wraz z 3 koleżanką którą poznałyśmy w kolejce tuż przed wbieganiem na arenę.. spokojnie i bez pośpiechu udałyśmy się w kierunku tramwajów, jednak jeden musiałyśmy przepuścić bo ilość ludzi nie pozwalała nam się wbić do środka ;p Więc wpadając na genialny pomysł, przeszłyśmy się jeden przystanek do przodu i wsiadłyśmy w dobrą stronę, choć w środku nie brakowało momentów grozy jak ciągłe zatrzymywanie się tramwaju, wywalanie ludzi z tramwaju bo blokują drzwi, czy niepokojąco duża ilość przystanków dająca do myślenia czy na pewno dobrze sobie spisałam rozkład jazdy i w którą stronę :P Na dworcu poczekałyśmy chwilę z Kasią po czym kiedy mi zostało 15 minut do odjazdu, uściskałyśmy się i poszłyśmy w kierunku przystanku gdzie oczekiwał mój autobus, kolejne ściskanie się i podróż do domu, gdzie wylądowałam o 6.30.




                                                 Pokoncertowe napisy na arenie 

Z bólem w żołądku z emocji ale i z .. nadmiernego jedzenia gum do żucia wróciłam zziębnięta i śpiąca do domu. Z bagażem wrażeń i emocji przeżytych na tym koncercie i przed i po, niezapomnę długo, bo każdy koncert niesie ze sobą masę doświadczeń..czegoś czego uczymy się i niedoświadczyliśmy. Ludzie zachowywali się na prawdę kulturalnie, nie było przepychania się, niepotrzebnych nie miłych komentarzy i co chwilę ktoś z kimś się poznawał jeżeli przyjechał sam. Organizacja nie należała do najgorszych, było na prawdę w porządku(oprócz pana skanującego naszą kolejkę biletów), tylko z komunikacją miejską mogli się bardziej wysilić i ją nieco zwiększyć. 
Ogółem i szybko kończąc, warto było wydać te 4 stówy na niego..aby go chociaż raz w życiu zobaczyć..z takiego miejsca i .. z takimi ludźmi. Dziękuję Wam dziewczyny za super wieczór i towarzystwo a także Tobie Robbie!  10/10 .

Polecam recenzję Interii- krótko zwięźle i na temat. Brawo! 


See you soon! x




1:04 - ręka Boga ;) +  nas też trochę widać, stałam koło pani pokazującej lizaka :P




Genialne intro i wejście na scenę (polecam filmiki tego gościa :) 

Enjoy!

xoxo


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz