czwartek, 30 października 2014

CONCERT - KASABIAN PART II

..
Kolejnym kawałkiem był Club Foot, który również mnie koncertowo zaskoczył, jako że na równie go brałam razem z Processed Beats. To jeden z tych kawałków, których muszę słuchać w wersji koncertowej, a nie płytowej.
Re-Wired - wstyd się przyznać, ale
nie od razu poznałam, trochę inny wstęp i już człowiek się gubi, ale za chwilę załapałam że to jest"maluch". W pierwszej chwili pomyślałam że to może być taki hołd dla Polaków że przyjechali, a to zapuścimy im tę piosenkę :P Wszyscy się darli niesamowicie wraz z rytmicznym bitem refrenu. Treat również jest miłym zaskoczeniem. Martyna przyznała że ludzie stali jak wryci..i nie wiedziała dlaczego, a to przecież zarąbisty kawałek...człowiek słuchając go, czuje się jak w transie...ile to razy zamknęłam w ciągu tych 5-6  minut uczy..a szczególnie kiedy poleciała wersja instrumentalna i pojawiły się kolorowe lasery..zamknęłam oczy i co chwilę otwierałam..patrzyłam w sufit na którym pojawiły się różowe kropki które powolnie fruwały...Sergio poruszał się delikatnie i tak też stąpał po scenie.. Bałam się że nie będzie u nas tych laserów...że to tylko taki bajer na Glastonbury tegoroczne był..bo nie oglądałam specjalnie filmików koncertowych przed swoim koncertem, więc zrobiło mi się miło na sercu :)
Martyna machała rękoma jakby lewitowała aleeee ciiii, każdy odczuwa jak potrafi i..czuje ten rytm :D
Po Treat nastąpiło Empire które znów rozruszało publiczność, by za chwilę uspokoić się i...prawie zasnąć, bo pojawiło się Neon Noon, które całkowicie mi nie odopowiadało, oczywiście - super było posłuchać kawałka który jest 1 raz grany na żywo, ale...nie tak usypiającego.. to nie wyszło.
Po spokojnej piosence pojawiła się standardowa ognista burza pod postacią Fire...Ludzie znów zaczęli po mnie skakać w taki sposób, że przylegając do barierki podniosła mi się bluzka z West Ryderem i mój brzuch dotykał zimnej poręczy co nie było przyjemne, jakimś cudem ale ją opuściłam....
Potem nastąpiła przerwa 5 minutowa i Encore...chwila oddechu dla nas i chłopaków. Fani zaczęli śpiewać słynne Laaaa laaa laaaaaa z piosenki w której w tym momencie  nie jestem w stanie sobie przypomnieć :D

Całkowicie zapomniałam, że nie poleciał jeszcze mój ulubiony kawałek..a mianowicie Stevie..i właśnie wtedy..na początek Encore, zagrali go..Bardzo się bałam że pójdzie na sam początek setlisty...a ja wolałam poczekać..podenerwować się. Śpiewałam ...darłam się...i pokazywałam walczące gesty FIGHT FIGHT! Kolejny raz mnie nie zawiódł ten kawałek...trąbka na początku utworu wprowadza niepokojący nastrój a potem tak niesamowicie się rozkręca <3


Vlad the Impaler to koncertowy wymiatacz i wszyscy o tym dobrze wiemy. I tym razem w kluczowych momentach publika niezawiodła i kiedy trzeba było krzyknąć odpowiednie słowa - krzyczałam. No dobra, przyznaję się..kiedy trzeba było zaśpiewać The lost heretics, trochę zaspałam i nie wiem o czym myślałam, może o życie walczyłam ? :P Po "władku" poszedł cover Praise You...miałam się nauczyć tekstu..obiecywałam sobie tyle razy... i co ?! Znów śpiewałam tylko refren a zwrotek nic...za to Martyna jak zwykle niezawiodła i wyśpiewała wszystko..
Na końcu zagrali LSF które według mnie dobrze się sprawdza jako koncertowy utwór. Świetną sprawą jest przejście z Praise You do właśnie LSF..jest takie płynne.
Kiedy ta piosenka zabrzmiała, wiedziałam, że będzie zaraz koniec i booże...dlaczego tak szybko ? Przecież kilkanaście minut  temu jeszcze czekałam na tym mrozie i zdychałam z zimna, a teraz? Tak nagle koniec?

Czekałyśmy aż zaczną rzucać setlisty, pałeczki, kostki i inne sprzęty, ale oczywiście nie mi się udało złapać. Cóż...może następnym razem!
Jak odwróciłam się do tyłu, trochę nie wiedziałam co się dzieje i normalnie gdzie jestem... byłam tak spocona...tak zmęczona... że chyba jeszcze na żadnym innym tak nie byłam..nogi uginały mi się..byłam głodna i przemęczona, a tu w poniedziałek na 10 do pracy trzeba iść :(  Miałyśmy iść najpierw do toalet ale stwierdziłyśmy że poczekamy jeszcze te 3 godziny... na dworze było chłodno, potem się znów zrobiło lodowato kiedy dłużej postałyśmy..Wymieniałyśmy wrażenia jedna przez drugą...byłam pewna że chłopcy wyjdą do nas...w jakiej ilości nie wiadomo, ale że wyjdą.. Około północy zrobiło mi się już słabo z pragnienia..chodziłam wokoło..nie chciało mi się gadać..mówiłam kilkakrotnie dziewczynom że chce mi się pić i pójdę na stację benzynową po wodę..ale nie chciały żebym sama szła...poza tym za chwilę Oni mogą wyjść! W końcu sama zdecydowałam, że pójdę, nie mówiąc o tym dziewczynom...znam drogę..jak ktoś mnie zaczepi to trudno, coś odpalę...mijałam muzyków grających na gitarze akustycznej i basowej + jakiś dziwnych ludzi bawiących się przy nich..prawdopodobnie pijanych... Potem przechodzę przez ulicę i widzę Garego(trębacza) idącego z jakąś długowłosą brunetką..jakby na spacerze byli. W pierwszej chwili pomyślałam- boże, a może podbiegnę i zrobię sobie zdjęcie..a nie..przecież nie mogę, bo aparat mi się rozwalił i nie robi zdjęć..
Pobiegłam na stację..ale zamknięta...ale przypomniałam sobie że jakiś hinduski bar mijałam, więc wstąpiłam..poprosiłam o wodę a on mi fantę pokazuje...dziwnie miło się uśmiechał ten młody sprzedawca, więc mu odwzajemniłam...wzięłam dwie wody, życzyłam miłej nocy i przyspieszonym krokiem ruszyłam pod Backstage. Za chwilę telefon od koleżanki..dzwoni, ale nieodebrałam i rozłączyłam, bo bałam się że już wyszli do nich a mnie tam nie ma i znów biegnę, rzuciłam wodę w krzaki i bieeegnę... dobiegam i nie ma nikogo...Ochrzan od Martyny w stylu "Gdzie ty byłaś! Myślałyśmy że się poryczałaś i pojechałaś gdzieś!Nie rób tak więcej! " :D
Cóż..mogły się domyślić....wróciłam się po tę wodę w krzakach i przyniosłam dziewczynom.. około 30 minut po północy wyszedł do nas Sergio...to jaką jest ciepłą osobą nie jestem w stanie opisać. Był taki jak dokładnie Martyna opowiadała- spokojny, bez żadnego spięcia..jego głos był taaki kojący. Nazwałam go Sergio "terapeuta" Pizzorno. Obok znów był Tim który gadał jak najęty z naszymi polskimi fankami. Na koncercie kilka razy się do nich uśmiechnął, a nawet wskazał palcem na dziewczyny z mojej lewej strony, to takie urocze. Jedna dziewczyna powiedziała że ma tylko jedno małe marzenie - chciałaby mieć zdjęcie w jego kapeluszu, wiec Sergio zdjął go, nałożył jej i zdjęcie gotowe...w tym czasie rozległo się jedno westchnienie wszystkich dziewczyn pod postacią oooooo.... :3

W pewnym momencie całkowicie zwątpiłam, że w ogóle mogę mieć z nim zdjęcie..wszyscy już praktycznie mieli, a ja stałam jak sierota boża... Wnioskuję, że jestem za zbyt kulturalną osobą na takie akcje, żeby pchać się za wszelką cenę, tak na chama...i czekałam aż się uluźni, a Serge też czekał...obsłużył że tak dziwnie powiem każdego fana...a kiedy ja podeszłam i nie wiedziałam którą kartkę podać.. bo miałam zeszyt Majki i swój bilet. Podpisał się najpierw u Majki a potem u mnie.. brzmiało to komicznie- two autographs pleaseeeee...a kiedy kończył drugi szybko dodałam and photo pleaseeeeeeeeeeeeeeeee i taki długie to eeeeee hahahaha :D

Popatrzyłam mu przelotnie w oczy, przytulił i CYK, zdjęcie jest..nawet się chyba nie pożegnałam. Tak się speszyłam. Sergiojest dla mnie osobą tak znaną i przeze mnie szanowaną że mam do niego ogromny dystans, wstydziłam się niemiłosiernie..w końcu to było moje pierwsze zdjęcie z jakąkolwiek gwiazdą i cieszę się że jest to ktoś właśnie z zespołu Kasabian.


Z zeszytu koncertowego, już wklejony bilet wraz z podpisami Sergio i Chrisa :)


Musiałam potem chwilę długą ochłonąć.. zrobiło mi się ciepło kiedy od niego odeszłam i nie wierzyłam że byłam tak blisko niego.  Za moment wyszedł Chris z charakterystyczną swoją czapeczką w zielonym ubraniu...Również jako jedna z ostatnich stałam w kolejce..Chyba przedostatnia się dopchałam..i też szybki autograf, zdjęcie i nawet nie pożegnałam się i Chris sam powiedział Cheers! A ja taka odwrócona do niego tyłem też odpowiedziałam :P haha . Jakby może było mniej dziewczyn...mniej Polaków..to może i bym się tak nie wstydziła..ale wszyscy na Ciebie patrzą jak robisz sobie zdjęcie ze swoimi idolami..i to takie zawstydzające jest.

Około 30 minut czekaliśmy jeszcze na Toma..jednak nie wyszedł..kiedy wyjechał ostatnie czarny duży bus, wiedzieliśmy że nie ma  żadnych szans... Są dwa możliwe powody- albo był bardzo zmęczony, albo po prostu Sergio powiedział mu że za dużo ludzi tam czeka :D

Pożegnaliśmy się z tymi którymi mieliśmy i ruszyliśmy w drogę do hostelu..a kiedy tam dotarliśmy zaczęęęło się...

Za nocleg ogólnie każdy zapłacił po 10 euro..Polak który go prowadził był chyba jakiś nowy..strasznie mieszał i chyba sam nie wiedział co robi i gdzie pracuje, próbował do nas dziwnie zagadać..że chyba koniec imprez na dzisiaj i takie pierdoły..my na siebie dziwnie patrzymy i kątem oka widzę jak się rumieni :p Potem się okazało że trzeba dopłacić za pościel..a raczej poszewki na nie.. Idziemy na górę ze wszystkimi rzeczami.. Nasi znajomi mieli piętro wyżej od nas pokój...i ilość łóżek im się nie zgadzała, a my z kolei miałyśmy problem z otworzeniem drzwi.... i znów do drugiego budynku..bo w nim była recepcja..przyszedł..otworzył drzwi i wyskakuje koleś chyba w samych bokserkach ciemnej karnacji...Recepcjonista przeprosił i idziemy do drugiego pomieszenia..łóżka piętrowe i 4 osoby w nim śpią..idziemy do 3 pokoju.. tam śpi znów jedna kobieta i 3 łóżka wolne. Ja się położyłam nad nią..jak byłam mała bardzo bałam się spać na piętrowym łóżku, ale teraz nie miałam wyjścia. O tyle dziwne to było, że musiałyśmy budzić ludzi którzy mieszkali już w tym pokoju..jacyś hindusi i bóg wie kto jeszcze. Wiecznie zajęta łazienka i..niee..to nie dla mnie takie warunki. W nocy jeszcze się śmiałyśmy, z tej dziwnej kobiety co spała pode mną..podobno dotykała naszych rzeczy i to "sheisse" :P Teraz jak to piszę, to śmieję się z tego wszystkiego, bo to było komiczne i ..miło się wspomina.

Wyruszyłyśmy na polskiego busa o 9.30  ślimaczym tempem przechodząc przez trochę mroczny park, rozglądając się wokoło i podziwiając stare budynki...życie w Berlinie o wczesnej godzinie powoli wracało. Z nostalgią i smutkiem kiedy już odjeżdżałyśmy z przystanku patrzyłam na leniwych ludzi z plecakami.. w okno za którym znikały powoli niemieckie ulice a ja po raz kolejny się przekonałam jak bardzo chciałabym zwiedzić to miasto i nauczyć się tego języka bo tak bardzo go kocham (może postanowienie przyszłoroczne ?)

Kończąc tą wyczerpującą recenzję z paczką chusteczek obok siebie, bólem gardła, pleców, karku i wszystkiego co możliwe powiem tylko jedno- nie ma porównania co do koncertu w hali a na festiwalu jeśli chodzi o Kasabian. Pierwszy rząd na koncercie Kasabian - to absolutny must! Przekonałam się na własnej skórze, miałam gęsią skórę kiedy Tom stał centralnie przed nami, a raczej pomiędzy mną a koleżanką wygięty w łuk z ramionami wyciągniętymi na boki jakby był panem C- Halle i zachęcał do śpiewania. Pamiętam, że na piosence Processed Beats spojrzał mi w oczy....uśmiechał się, również mu odwzajemniłam baaardzo szczery uśmiech.. nie da się inaczej. Tom ma taki w sobie urok osobisty, że nawet jakbyś miał najgorszy dzień to nie da się nie uśmiechnąć.

W koncercie w Berlinie człowiek z Polski w ogóle nie czuł się jakby był za zachodnią granicą, gdybyśmy jeszcze my we 3 miały flagę biało czerwoną, moglibyśmy stworzyć z kilku małych, jedną wielką biało czerwoną i to byłoby cudowne. Jednak i tak, my ..Polscy fani..zostaliśmy genialnie docenieni przez zespół. Nie dość że została nam zadedykowana piosenka Bow, to jeszcze pojawiło się zdjęcie na instagramie..



Pomyślałam sobie dzień po koncercie, że.. może będę jeździć dotąd na ich koncerty aż..spotkam wreszcie Toma i będę mieć z nim zdjęcie ? Pomysł bardzo ambitny.

A teraz zapraszam Was na koniec na przeczytanie relacji dziewczyn które dopiero co, zaczynają swoją działalność blogową, jeżdżą na podobne koncerty co ja i słuchają praktycznie takiej samej muzyki jak ja :) No i muzyczka na koniec musi być, 2 ostatnie utwory koncertu + piosenka której początek jest używany przy rozpoczęciu Shoot the Runner (ojj da się zauważyć po ruchach scenicznych że Sergio wiele się od niego uczy )  :)

Enjoy!

xoxo

http://musicinks.blogspot.com/2014/10/kasabian-berlin-25102014.html


https://www.youtube.com/watch?v=vVkAweDJ2Ds



PS. W momencie kończenia tego postu, dowiedziałam się, że mój ukochany kolejny arysta przyjedzie do Polski! ROBBIE WILLIAMS ! DOCZEKAŁAM SIĘ. Fuck yeah!

1 komentarz:

  1. :) Tyle pięknych wspomnień, pozazdrościć. My chyba nadawałybyśmy się razem na tego typu koncertowe podboje, bo jak tam czytam, że nie jesteś typem osoby, która będzie się pchała na chama po autograf itd. to tylko myślę "kurczę, zupełnie jak ja". :D
    don_guraleska

    OdpowiedzUsuń