sobota, 21 czerwca 2014

Orange Warsaw Festiwal - Day 3

Witajcie po dniu przerwy, nie zapomniałam w żadnym wypadku o tym żeby opisać trzeci dzień festiwalu który z jednej strony uważam za super fajny bo tyle emocji, pierwsze rzędy, a z drugiej strony średni bo czy te koncerty były udane na prawdę ?




Dzień rozpoczęłam bardzo intensywnie..wstałam o 5 rano żeby móc ogarnąć swój nieokiełznany fryz, wyszykować strój na deszcze i... w ostatniej chwili zdecydowałam się wesprzeć bardzo słabo udaną akcję koncertową  jaką było pokazanie różowych kartek z napisem 3:00 na piosence Ez-ehh... ale na szczęściej zdążyłam. Wzięłam 3 dodatkowe kartki i markery w razie gdyby koleżank chciała zrobić no ale nie chciała. Potem kiedy już jechałam autobusem byłam bardzo głodna..żołądek mi się rozkurczył i domagał jedzenia.. jak to ja - ciągle myślałam że osoby które jadą w autobusie - jadą tam gdzie ja, sczególnie jedna kobieta koło 30- tki. Słyszałam jak z ekscytacją w głosie opowiadała koleżance o koncertach..ale nie była na nich..przynajmniej jej nie dostrzegłam pod bramą o 8.10 - czyli porze o której dotarłam pod bramę nr. 2. Jakoś przeczuwałam, że ktoś będzie przede mną..w sumie 3 różne pary..a ja taka sama :(
1. 2 na moje oko maks.17 lat fanki BRING ME THE HORIZON ubrane na czarno w podartych spodniach, trampkach i martensach otulone najpierw grające wkurzającym kapslem a potem otulone kocem.
2.Ojciec z córką..fanką Milesa o którym non stop gadała, no dobra czasami słyszałam coś o Kasabian
3.Para nie polaków z dziwnym banerem....myślałam że to tylko podkładka pod tyłek podczas siedzenia na betonie ale nie..potem na zdjęciach wyczaiłam że to coś było przygotowane bodajże na Outkast :D

Usiadłam więc grzecznie na barierce i wpatrywałam się w stadion...a potem otrzepywałam się przez godzinę ze złotego pyłu fanek Florence który miałam dosłownie wszędzie a moje fioletowe spodnie zaczęły iskrzeć jak gwiazdki na niebie...
Czas do godziny 11 -czyli do przybycia mojej muzycznej koleżanki dłużył się niemiłosiernie..przebywałam na facebooku..obczajałam twittery i pisałam smsy a czas jakby się zatrzymał (szkoda że nie na koncercie).
Przyszła też kobieta koło 40-stki której pożyczyłam marker bo chciała siebie, córkę i jeszcze jedną osobę oznaczyć na ręku. Była zdziwiona sytuacją, że nikt nie chce również się oznaczyć.. ciągle tłumaczyła się że NO PRZECIEŻ NA DEPECHE MODE W ŁODZI TAK SIĘ OZNACZALIŚMY..
lol

Oj kochana...Depeche Mode to inna bajka niestety porównując do zespołów występujących 15 czerwca..inne pokolenia, ekhem.Bardziej agresywne, spontaniczne i nie zważające na numerki, no ale, niech czuje że ma ten numerek jak lepiej i pewniej z tym.
Kiedy przyszła moja towarzyszka idealnie, usłyszałyśmy mały i krótki soundchek Kasabian...nie pamiętam co to poleciało wtedy..chyba Underdog aczkolwiek pewna nie jestem..chyba i Shoot the Runner...ah cudowna chwila -dobrze że tak krótko zagrali..trochę nagrałam, ale niewiele z tego słychać..
Otwarciu bramek towarzyszł jak zwykle napór osób- choć pierwszy raz się z takim spotkałam w sumie i tak gwałtownym. Ja miałam tę przewagę nad innymi że miałam już opaskę i nie musiałam lecieć i wymieniać tylko prosto na schodki prowadzące na promenadę.
Dopiero po otwarciu bramki zobaczyłam że jedna z kobiet nie ma kogo sprawdzić, ale jakaś młoda mnie wyprzedziła, ale sprawnie ją spawdziła, za to ze mną znów się grzebała.. TO TAL NIE długo...i jej słowa- spokojnie zdąży pani..
No tak..na pewno dobiegnę do miejsca płyty do godziny 16.30..to na pewno..
O dziwo, ani razu nie stanęłam podczas tego pierwszego biegu, cały czas biegłam..truchtem..ledwo już..ostatkiem sił.. ale dałam radę...jeszcze zagadałam podczas biegu do jakieś młodej dziewczyny która miała na sobie różową koszulkę i z przodu 48:13 bo w pewnym momencie biegłyśmy równo - Czego nie robi się dla Kasabian no nie ? A ona- no pewnie!
I pofrunęła niczym F16. Zajęła miejsce w kolejce obok mnie..ich było więcej...chłopak który był ich "guru" miał ponad 180 cm wzrostu i miał za zadanie  dobiec do barierek i "położyć się na nich"..ze zdjęć jakie znalazłam wnioskuję że akcja się udała...ale ton z jakim przechwalał się jakim to jest koncertowiczem i gdzie on już nie był...spowodował mój niesmak do niego i wstręt...nie mogłam na niego patrzeć..obok mnie z prawej siedziało dwóch Włochów, pewnie coś koło 25 lat mieli...którzy próbowali zagadywać do stewarda w naszej bramce jak mu się mecze podobały..śmieszne..miał jeden koszulkę niebieską z herbem Italia nad sercem...potem po koncercie Sergio podbiegł do niego i wręczył setlistę i uściskał się z nim jak starzy przyjaciele...ale to potem!

Pierwsze zdjęcia miejscówki

Złapał mnie tak okropny kaszel i czułam duszność w gardle..jakby mi ktoś pręty wkładał.. a ja próbowałam je bezskutecznie wypluć i marzyłam o dwóch łykach wody..ba, choćby łyku wody. Zawsze mam tak po wyczerpującym biegu..kilka osób też miało kaszel, ale nie taki jak ja..no ale do czasu rozpoczęcia drugiego ostatniego biegu..ostatniej prostej zdążyło mi przejść..czułam jak ciągną mnie łydki, ale najważniejsze że nie bolały mnie uda ani kolana.
Kiedy wybiła 16.20, zaczęli nas wypuszczać..jestem święcie przekonana że gdyby nie Steward...którym mnie przytrzymał w tym bloku bramki bo stwiedził - proszę czekać, odpowiednie odstępy muszą być żeby się nie stratować...no dobra.. kwestie bezpieczeństwa swoją drogą, ale gdyby nie on..gdyby mnie nie przytrzymał miałabym jeszcze lepsze miejsce..gdzieś z przodu..a nie z boku wybiegu, co nie znaczy że nie jestem z siebie dumna...Byłam i jestem ..i to bardzo.. Biegłam jak najostrożniej..byle się na zakręcie nie wywalić..spoglądając na służby medyczne, policjantów i innych mundurowych i ich ucieszone twarze, trochę dodawały sił...ale bardziej dodawało mi sił, wypatrywanie osób przede mną, które sobie wypatrywałam i je doganiałam i wymijałam..jedna z lepszych metod na takie biegi wnioskuję i w przyszłości będę stosować :D

Śmiać mi się chciało i czyniłam to też na głos kiedy jakaś dziewczyna z burzą loków niczym Ella Eyre z 14 czerwca potknęła się o te żółto czarne...y.. nieważne KŁODY haha które wystawały ze 3 razy na płycie.. nie powinnam w sumie ale skoro położyła się jak długa pewnie porządnie ścierając kolana i dłonie i podniosła głowę krzycząc rozpaczliwe i zdołowane- Boooooożee- było epickie, wciąż słyszę Jej głos kiedy to czytam :P
Ostatnie kroki miałam już dojść, ale nie..dalej truchtałam..i zajęłam miejsce z lewej strony...sceny przy wybiegu, taki środek barierki.. W pierwszej chwili pomyślałam- bożee muszę odpocząć..ale zaraz sobie przypomniałam że tam gdzieś biegnie moja koleżanka i muszę zacząć machać.. za chwilę uśmiechnęłam się do koleżanki obok która sama przyjechała i powiedziałam że czekam jeszcze na koleżankę i zaraz powinna być..nie mogłam nie dojrzeć tej kurtki różowej z daleka..rozłożyłam ramiona i tak leżałam...kiedy doszła koleżanka, pogratulowała mi dobrej miejscówki..chwilę postały i usiadły...a ja wiernie stałam i napawałam się widokiem z tak bliska tej sporej sceny.. Dziewczyny się z sobą zakolegowały nieco a ja zaczęłam gorączkowo do wszystkich pisać smsy że jestem taaaka szczęśliwa. Półtorej godziny zleciało dość szybko...szybciej niż się spodziewałam...



O 18 wleciał na scenę sam Miles Kane! Tak..ten od bromanców The Last Shadow Puppetsowych i ten znakomity muzyk z The Rascals. To dzięki niemu kupiłam karnet na 3 dni..był dla mnie tak dużym powodem żeby jechać po raz pierwszy na ten festiwal...wywnioskowałam że skoro nie jest dane mi zobaczyć Arctic Monkeys to chociaż pana Kane zobaczę i zrobił na mnie niesamowite wrażenie! Teraz tak na spokojnie myślę, że zrobił na mnie większe wrażenie niż wyczekiwany Kasabian...energia jaką dysponuje ten brytyjski wokalista razi aż po oczach...zagadywanie do publiczności i kontakt z gitarą i sposób gry na niej której mógłby mu pozazdrościć nie jeden solowy artysta czy ultra mega rockowy muzyk. Takie hity jak Come Closer, Inhaler czy Rearrange genialnie sprawdziły się na Orange`owej scenie, wśród... z mojej perspektywy widocznej- dośc skromnej publiczności. Było jednakże pewne- że bardzo wiernej.
Jak słusznie wiele osób zauważyło że jeden z gitarzystów był bardzo podobny do Alexa Turnera co wywołało nie małą salwę pozytywnych komentarzy na temat tego członka zespołu :)
Koncert Milesa wydawał mi się być na prawdę magiczny...wszyscy wokół mnie głośno śpiewali, klaskali i wymachiwali rękoma ( lewa strona w kwestiach tych rzeczy była bezapelacyjnie lepsza a zazdrość i widok dziewczyn spod barierek z naprzeciwka i wzrok - wtf co one robią- bezcenny :) Who cares!Ważne jest dobrze się bawić!
Miles kilkakrotnie dziękował i podkreślał że jest pierwszy raz w Polsce..te Jego zęby i rozhahana twarz przy tym... :) Cudowny koncert...jednakże szybko minął..
Ciekawą i jakże interesującą rzeczą jaka zdarzyła się po koncercie Milesa było zarządzenie sprzątania złotego brokatu po Florence..ochroniarze kazali odsunąć nam się od barierek 2 metry zapewniając nas że wrócimy na swoje miejsca co obserwowałyśmy wszystkie z wybałuszonymi na wierzch oczami niedowierzając jak ktoś nie ma mózgu żeby takie coś zrobić...3 stwardów przed panem sprzątającym i z czterech za nim torującym drogę..jak się łatwo domyśleć...kiedy ostatni ochroniarz stał przede mną, nie miałam możliwości złapania choćby jedną ręką barierki..w tym czasie z prawej wepchały się niedaleko mnie ze 2 pewnie 3 dziewczyny... to nie było chamskie ..bo przecież wszyscy walczymy o jak najlepsze miejsca i widoki... ale to mnie bardzo bolało że stałam od 8 rano i czekałam na to żeby być w 2 rzędzie ? No way...dzięki w sumie rozpychaniu się dziewczynom, ich determinacji, pomocy i trosce udało mi się choć jedną ręką złapać srebrnej poręczy..

Drugi zespół występujący na głównej scenie to The 1975- indie rockowe młode chłopaki które miały wiernych fanów tym razem naprzeciwko nas...z flagą 3 wierne fanki machały i szalały..Po naszej stronie słyszałam pisk w uchu i oddech na uchu jednej dziewczyny która w naszym rzędzie bardzo skakała i wyśpiewywała każdy tekst..co chwilę wystawiała aparat, starałam się jej nie zasłaniać..ale właściwie skoro się wepchała na moje miejsce to niech sobie w takim razie radzi sama... czemu ja zawsze muszę się tak troszczyć i martwić o innych i żeby oni mieli lepiej niż ja!?
Ogólnie to nie podobał mi się ich koncert...z płyty brzmią lepiej niż na żywo... frontman zespołu..ciągle palił, wymachiwał bujną grzywą i pił wino które pewnie nawet nie było oryginalne haha. No nie tylko mi się nie podobało jak wnioskuję po komentarzach....a kamerzysta którego pamiętam z pierwszego dnia jak nagrywał mnie i Edytę na French Films nawet niezły był haha. Tylko szkoda że stanie przy jednej osobie zajmowało mu z 10 minut..co ograniczało nie tylko moje ruchy ale i mój komfort psychiczny..bosz..
Koncert kwartetu z Manchesteru( bless u for Manchester ! <HURTS pozdrawiajo!> ) okropnie się dłużył..z każdą piosenką błagałam o koniec...bo za chwilę mieli panowie z Leicester występować!
Co piosenkę praktycznie zmiana gitary co wywoływało u mnie szczyt wszystkiego bo za każdym razem myślałam że to już koniec, już za moment! Próbowałam też po piskach dziewczyn rozpoznać czy to już koniec czy nie..bo przecież one na pewno znają setlistę..
Kiedy art popowy zespół zakończył swój występ..zaczęło się robić nagle bardzo ciasno, tłum napierał, ale żebra mnie nie bolały bo kurtka mnie znacznie chroniła..najgorsze dopiero miało nadejść..
Z podekscytowaniem spoglądałam na zmianę instrumentów..na schodzących i wchodzących nowych panów z obsługi.. kiedy pojawił się bęben 48:13 serce mi zadrżało- boże.. 2 lata ich w sumie nie widziałam a czułam się jak za pierwszym razem..znajoma perskusja pokazała się w całości i piski zaczęły dochodzić z różnych stron zniecierpliwionej publiczności która domagała się szybszego wyjścia artystów..nie wiem czy punktualnie...ale mam wrażenie że albo Kasabian się spóźnili albo to wszystko się tak dłużyło.. jedno jest pewne- nie miałam ręki żeby zajrzeć do nerki po telefon a tymbardziej po aparat który miałam wciśnięty w prawą kieszeń spodni ( po koncercie odznaczył mi się niestety i mam teraz okropną pamiątkę)..
Pierwsze buczące dźwięki..przygaszone światła..para która leciała z obu stron sceny i wrzeszczące gardła powodowały że byłam cała mokra z emocji..Toma widziałyśmy idealnie.. Chrisa jeszcze lepiej, ale żeby zobaczyć Sergio trzeba było mieć ciało przylegające do barierki a głowę maksymalnie zwróconą w lewo co bolało...


Bumblebeee jako otwieracz koncertowy jest bombą, inaczej tego nazwać nie można... Fanki z naprzeciwka obserwowały nasze śpiewy i podskoki z uśmiechem na twarzy a ja kątem oka spoglądałam na środek wybiegu z prawej strony gdzie przednio bawiła się dwójka włochów którą spotkałam już wcześniej  podczas ostatecznego biegu na płytę stadionu :)
Na yt można było obejrzeć filmiki z tego jak super Shoot the Runner przechodzi w Underdog..jej..ale to na żywo jest ultra energetyczne! Kurczę, no właśnie..wydaje mi się jakby na Impactie było nieco mniej wybuchowo..tutaj non stop człowiek klaskał..śpiewał, wymachiwał rękoma ( ja musiałam jedną bo do czasu piosenki Ez-eeh trzymałam kurczowo swoją różową kartkę którą potem skutecznie moja koleżanka z lewej ją wyrwała, a raczej zamachnęła się a ja wypuściłam przez to, co najpierw spowodowało mój smutek, ale potem śmiech :D ).
Days Are Forgotten a zaraz po nim kultowy Ez-eeh to był tragiczny wybór gdyż już nie miałam siły się drzeć... a łydki mnie tak bolały od skakania że sobie na prawdę nie wyobrażacie..właśnie..na ez-eeh jakiś koleś skakał za mną..ale tak skakał że czułam jakby się ..ekhem wpijał w mój tyłek, uczucie nieco dziwne i nie polecam ?  o.O
Po rytmicznym Club Foot nastąpił..znienacka- którego się totaaalnie nie spodziewałam, ukochany Stevie...boże jak ja to śpiewałam..pewnie koleżanka była później wściekła na mnie że tak się darłam a ona sama nie słyszała jak śpiewa Tom :P Ale..no nie dziwię się...nie patrzyłam na ludzi ale myślę że niewiele osób ją śpiewało....za to ja byłam w ósmym niebie..zamykałam oczy..darłam się :
And all the kids they say
Live to fight another day
Live to fight again, again, again, again


 i myślałam jak ja ich boże kocham..




Chłopcy zagrali jeszcze cover Fat Boy Slim`a - Praise You co raczej śpiewała tylko moja koleżanka :D Widać że wielu fanów to sezonowcy..usłyszeli Velo i się zakochali.. ale to dobrze w sumie! Ja wiedziałam że to śpiewają ale nie znałam tekstu (yh...fuck u). No i cztery ostatnie piosenki to istne wulkany...które wybuchały z każdym początkiem nowej piosenki.. Trochę mi smutno że Switchblade jest prawie na samym końcu... ta piosenka pasuje tak idealnie na początek...ale chociaż publiczność się mocno rozskakała od tego kawałka, potem był Vlad i Fire na którym wszyscy w rytm muzyki skakali i ...co bolało nie śpiewali uUuUUUuuuu.. które tam normalnie się śpiewa, ale to festiwal jest więc w sumie nie ma czego oczekiwać, podobnie jak z Underdog i końcowym AaaaaaaaaaAAAaa.. Tom wykonywał wiele gestów w stronę publiczności..pokazywał niezliczoną ilość razy język co sprawiało że wydawał mi się jeszcze większym bad boyem niż jest.. flirtował z publicznością...a ona pragnęła więcej i więcej.
Na końcu Tom wyszedł ze sceny po czym wrócił i zaśpiewał She Loves You, Beatlesów. W rozmowie z Piotrem Metzem którego oglądałam wywiad Tom powiedział że przemyśli to, żeby zaśpiewać coś z ich repertuaru, a wiadomo, to piosenka która dość często znajduje się w ich setliście. Fajnie było usłyszeć ją na żywo..jednakże może to kwestia że widzę ich drugi raz na żywo, ale jak już wspominałam - średnio mi się podobało.. wyskakałam i wyśpiewałam się ale no.. czuję niedosyt którego nie potrafię opisać..może gdybym z tyłu gdzieś stała i miała możliwość wyszalenia się jak na prodigy to pewnie zaliczyłabym to do koncertu dnia...a tak to niestety nie.
Nie wiem co my robiłyśmy, ale w pewnym momencie usłyszałyśmy pisk.. chyba w dół patrzyłyśmy albo nie wiem gdzie, aż tu nagle przed nami Sergio biegnie do tego Włocha co na środku wybiegu stał z kolegą drugim i wręcza mu setlistę... po czym za dziewczyn ruchami równiez wyciągnęłam rękę..koleżanke obok musnął dosłownie paluszkiem...boże żebym szybciej to zrobiła i pierwsza wyciągnęła rękę to inaczej by się to potoczyło i załapałabym się...ale i tak się cieszę że mogłam z tak bliska- z odległości 2 kroków zobaczyć samego Sergio Pizzorno( fana PRODIGYYYY \m/ )

Nasze Outkastowe miejscówki

Po koncercie odczekałyśmy chwilę aż się rozluźni trochę wokół nas, poczekałyśmy aż stewrdzi podniosą torby i kurtki które były całe obtoczone w złotym pyle niczym ryba w mące i z obolałymi ciałami odeszłyśmy powoli od sceny... za chwilę widzę Olę! Tą samą z którą byłam na Hurts i Placebo! Wyglądała jakby czekała na nas.. miała na sobie czarną koszulkę z napisem 48:13 własnoręcznie zrobioną aw. Niedowierzała trochę kiedy Jej powiedziałam, że w pewnym momencie zobaczyłam ją na telebimie..te rude długie włosy i ta grzywka...tego nie da się przeoczyć! Koleżanki zapoznały się ze sobą i ślimaczym tempem schodkami na górę poszłyśmy coś zjeść, usiadłyśmy na trybunie..wymieniłyśmy się wrażeniami, strzeliłyśmy selfie(chyba udane) i spowrotem na dół powędrowałyśmy a Outkast który zrobił na mnie wrażenie nijakie... rap i tego typu muzyka to na prawdę nie dla mnie, głowa mnie bolała  i nogi wychodziły stamtąd skąd powinny..jednak 3 dni festiwalu to chyba nie dla mnie :(


Tylko na największych hitach jako tako odżywałam i odzyskiwałam siły, sam kontakt zespołu z publicznością był genialny...ciągle przemawianie i wizualizacje megaa super które najbardziej zrobiły na mnie wrażenie..niczym na KoL pierwszego dnia. Chciałyśmy jeszcze zobaczyć Limp Bizkit ale było za późno, więc zmierzałyśmy już powoli w stronę domu..ze smutkiem że to już koniec i że te w sumie piękne dni już nie wrócą..
Szczerze miałam chęć zostać i poskakać na Guettcie bo parę piosenek bardzo lubię, nawet Ania do mnie pisała ( ta sama co na Hurts do mnie machała) żeby się razem pobujać... może bym się skusiła, gdyby nie to, że na drugi dzień miałam na 14 do pracy :( z obolałymi kośćmi ale dałam radę... nie wiem jakby się czuła i wyglądała gdybym została na całym secie Davida :D

Podsumowując krótko, myślę że Orange Warsaw Festiwal na prawdę nie jest zły. U mnie przeważa to, że mam dobry dojazd i za nocleg nie muszę płacić, pomysł z dwiema scenami nie jest zły, tylko szkoda że czekając na  Milesa, słyszałam że na Warsaw Stage koncertuje w tym czasie Chemia..
Widać że jeszcze jest wiele niedociągnięć ( jak wypadek ze sceną pierwszego dnia, czy nawet zamknięcie dachu stadionu nawet gdy nie padało, klimatyzacja która w chłodny deszczowy dzień dawała tak, że ledwo co wytrzymałam w krótkim rękawku ). Jeżeli pojawią się zespoły godne mojej uwagi i które kocham- na pewno przyjadę!

I nic więcej nie trzeba dodawać :) Większość pokazywała na tę flagę kiedy na koncercie były te słowa. A wokół niesprzątnięty brookat po Florence. Ja się pytam gdzie i co robiły służby sprzątające przez tyle godzin!?


Kiedy pisałam tę recenzję leciało w tle Pixies z Hurricane Festival..napisałam do koleżanki z pierwszego dnia żeby włączyła stream i znów razem oglądałyśmy ten zespół.. kiedy Jej wspomniałam że nie mogę się oderwać od The Prodigy, ona powiedziała że ma ich jedną płytę i z chęcią mi ją odda, bo za nimi nie przepada, ale okazało się że to jednak nie ta co chciałabym, ale i tak cudowny zbieg okoliczności :)

A to słowo na dzieję, a właściwie dwa - Underdog ( jakoś zawsze refren powoduje we mnie narastające emocje..to przez te słowa pewnie ) i pogo (apeluje o maksymalne wyciszenie głośników) :D  Edukujcie się grzecznie dzieci muzycznie, zdawajcie swoje egzaminy i udanych letnich koncertowych festiwali! :D



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz