piątek, 20 czerwca 2014

Orange Warsaw Festiwal - Day 2

Drugi dzień festiwalu uważam za najbardziej udany, nie tylko dlatego że bardzo czekałam na zespół Hurts ale także pod względem ludźmi z którymi go przeżyłam. 
Kilkanaście dni temu jeszcze pisałam posty jak się martwię o to, że nie będę miała z kim iść na festiwal, a tymczasem każdy dzień spędziłam w innym towrzystwie i to było najlepsze. 


 Ciemne chmury się zbierały, ale na szczęście nie padało

Sobota od samego rana była męczącym dniem i pełnym emocji. Martyna w pewnym sensie namówiła mnie do tego aby czekać na Kasabian na lotnisku od godziny 10, bo podejrzewa że przylecą lotem o 11. Pomyślałam sobie, że to nawet niezły pomysł... w końcu w sobotę nie tak bardzo mi zależało zdobywać pierwsze rzędy więc mogłam poranek poświęcić na co innego.. i tak umówiłam się z M. Pod Jej domem, pojechałyśmy na lotnisku gdzie czekała już z bratem druga koleżanka, jedna z wierniejszych fanek zespołu które znam. Minuty i sekundy leciały coraz wolniej...umilałyśmy sobie czas robieniem zdjęć w lustrze ( cóż innego robić ), aż nagle zauważam dziewczynę której ze spodni wystaje plakietka OWF artist..informuję pospiesznie dziewczyny i zaczynamy się jej przyglądać...za niedługi czas, dołącza do niej druga dziewczyna także z plakietką, ale z inną kartką oczekującą na dane osoby o słowach które z niczym nam się nie kojarzyły. Słowa pierwszej dziewczyny na kartce podniesionej do góry, zawierały słowo Stevie więc kojarzyłyśmy sobie to tylko z piosenką i byłyśmy bardzo podniecone.
W pewnym momencie ona podchodzi do nas i zagaduje:
- Przepraszam, czekacie na Kasabian ?
 -Tak..
- Oni nie przylecą tym lotem, ale czekajcie..


Chłopcy przerżeni echem na Basenie Narodowym

Powiedziała to tak od niechcenia, ale my dalej czekałyśmy... pewnie u koleżanki zauważyła torbę z Velociraptorem. Potem znów podchodzi i mówi że przyleci tylko Crew... dalej czekamy... i faktycznie przylatuje sama obsługa.. poczekałam z dziewczynami do godziny 13 i dowiedziałyśmy się że jednak przylecą lotem tuż przez godziną 18..ja czekająca z zeszytem koncertowym na autograf się trochę załamałam.. w końcu od rana czekałyśmy, byłyśmy niemalże pewne że to ten lot, a jednak będę najpóźniejszym. Niestety musiałam uciekać na festiwal.. na 14 umówiłam się na patelni z Ewą. Zostawiłam zeszyt M. z nadzieją że i wpiszą się do mojego zeszytu. W tym czasie zeżarłam ze 3 cheeseburgery i colę..tak z tych nerwów na lotnisku miałam skurczony żołądek... idąc od dworca centralnego do metra tak lunął deszcz że byłam przemoczona całkowicie..nie było suchej nitki.
Bardzo bałam się tego dnia, ponieważ zdążyłam Ewę poznać przez te 3 lata studiów i wiem jak bardzo lubi zwracać na siebie uwagę i uwielbia kiedy jej się słucha. Można ją też bardzo łatwo zdenerwować..przejmowałam się tym bardzo że wybrałam właśnie tak złego kompana podróży.

Kiedy się spotkałyśmy..zaczęło się....ona tylko o koncercie Skubasa i o tym że ma okres, a ja starałam się nie wtrącać tylko słuchać, no i ewentualnie odpowiadać pięć tysięcy razy na pytanie- czy tam na pewno są toi tojki i normalne toalety. Nie ma nic gorszego niż mieć "te dni" na festiwalu...w dodatku z owiniętym i bolącym kciukiem prawej rąki. Na moje zapytanie- to jak Ty będziesz na Hurts klaskać ? Odpowiedziała że będzie krzyczeć. Nie wiem czemu ale to mnie rozśmieszyło lol.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce, kolejka była niezbyt duża, mniejsza niż pierwszego dnia, co raz kropił deszcz, na szczęście nie lał tak jak poprzedniego dnia, ale było mi zimno przez mokrą kurtkę która nie okazała się jednak przeciwdeszczowa, a wszystko wchłaniająca o.O
 Bramę tym razem otworzyli równo o 15, my weszłyśmy jako chyba 5 czy 6 partia ludzi..stresowałam się tym czy na pewno w dobrym wejściu stoję i nie powinnam iść do bramy numer 5, ale na 3 dzień okazało się że tam nic nie ma..
Spokojnie weszłyśmy, poczekałam aż wymienią koleżance opaskę i pobrnęłyśmy od razu na górę do łazienki, które były zamknięte..otwierali dopiero o 16.30... co bardzo zdenerwowało Ewę... po jej minie i tonie głosu już wiedziałam że dzień będzie schrzaniony, ale starałam się ją pocieszać jak mogłam, w końcu znalazłyśmy toi tojka i Ewa już była szczęśliwa, pochodziłyśmy po miasteczku..i tak powoli zbliżała się 16.30 gdzie mieli zacząć nas wpuszczać. W ogóle nie zerkając na zegarek.. spacerkiem szłyśmy w stronę Warsaw Stage na której miałyśmy spędzić cały dzień, tak bardzo chciałam żeby chociaż dzisiaj nie padało..no i tak było :)


Czekając na wpuszczenie pod scenę...a po bokach na telebimach całkiem przypadkiem.. Kasabian :3

Dotarłyśmy do biało czerwonych taśm którymi Stewardzi zabezpieczali wejście pod scenę..były 3 wejścia. Jedno- najdłuższe, najbliżej sceny - z boku gdzie stało zdecydowanie wiecej ludzi i dwa naprzeciwko sceny w większej odległości my stałyśmy z Ewą w tym na prawo od sceny. W pewnym momencie zaproponowała że zadzwoni do kolegi który jest fotografem i powinien gdzieś tu być...no i za chwilę pojawił się Krzysztof, 28 latek dość mocnej postury :p, był tak sympatyczny że na prawdę czułam się jakbym go znała już z miesiąc. Może dlatego czułam się przy nim komfortowo, dlatego że ciągle nawijał i opowiadał śmieszne żarty jakie widział poprzedniego dnia? 
Ogólnie to mówił że się wkurzył i zaprzestał robienia zdjęć na tym festiwalu, bo zespoły pozwalają się fotografować tylko przez 3 pierwsze piosenki :O No, a przepraszam bardzo - ile on sobie życzył ? Chyba w życiu na koncercie nie był..ekhem..no ale mniejsza z tym.. Ewa chwaliła się że go zna, a on się chwalił tym że ma tyle znajomości..hm...

Kiedy dobiegała godzina zero i Stewardzi w naszej "bramce" nie zdążyli nawet zerwać taśmy, ruszył tłum fanek ( wiadomo kogo ^.^ ) tak, że ze dwie chyba nawet się wywaliły na tej plastikowe macie, ale nikt nie zważał na takie osoby i ślepo biegł do przodu, Ewa z tym palcem również. O ja głupia że za nią pędziłam - myślałam sobie..mogłam spokojnie mieć barierki z boku a tymczasem wylądowałam  w 3 rzędzie od sceny z przodu i w drugim od środkowego wybiegu. Miejscówka była bardzo dobra..potem trochę marudziłam że mi duszno i że się niekomfortowo czuję... Krzysiek który doszedł spokojnie spacerem za nami namówił mnie żeby stanąć z tyłu, no i się zgodziłam, zostawiając Ewę w tłumie.. za co potem miałam wyrzuty sumienia. 
Pisałam smsy do Ewy żeby przyszła do nas, że tu dużo miejsca i jest powietrze normalne, ale nie chciała.. my tymczasem rozmawialiśmy na wiele tematów..i tych życiowych ale też obgadując dziewczyny w hipsterskich stylówach z toną brokatu na twarzach i wiankami na głowach wielkości wielkich płatków róży..
Ewa w czasie koncertu Ella Eyre(spotkałyśmy ją na lotnisku i 5 fanów robiących sobie z nimi zdjęcie) znów płakała że chce do toalety i żebym przyszła i jej miejscówkę zajęła, nie zgodziłam się na to, ale po jakichś 30 minutach poszłam. 
Było już na tyle późno, że za chwilę miał się rozpocząć koncert na który czekała Ewa- Skubasa. Ja również na niego czekałam, chciałam zobaczyć nad czym jest ten zachwyt, jaki on fenomen sobą reprezentuje...i nie zawiodłam się...genialny z niego artysta. Myślałam że on tylko stoi sobie z tą gitarką i śpiewa rozmarzonym wzrokiem lub z zamkniętymi oczami, a tymczasem..wow....jaki kontakt z publicznością! Uwielbiam to, kiedy artysta przez piosenkami zapowiada je..o czym są, czy po prostu, mówi jaka to fajna publiczność na niego przyszła ;)



 Ewa przyszła po 3 piosence.. wpatrzona wzrokiem w muzyka, śpiewając każdy tekst zerkała bardzo często na moją reakcję, to kolejny znak rozpoznawczy Ewy, lubi widzieć jak człowiek reaguje na coś co ona sama bardzo lubi..bardzo się tym przejmuje. Ja nie kryłam swojego zachwytu...patrzyłam rozmarzonym wzrokiem na Macieja Starnawskiego który grał na lewo, na gitarze, my god ale koleś, napstrykałam mu najwięcej zdjęć :)
A to klaskanie, a to "wiejskie la la laa" robiło niesamowitą atmosferę pomiędzy artystami a nami słuchaczami..



Mr. Fox i.....
mój przyszły mąż.

Tak jak słucham z płyty, niezbyt mi się podoba, ale na żywo są bomba! Szczególnie podobał mi się kawałek z Kev Foxem którzy zagrali razem Rain Song...ale koleś ma głos :O Nie mogłam długo wyjść z zachwytu..
Myślę że Skubas dla mnie jest artystą którego warto zobaczyć przynajmniej jeden raz, aby wczuć się w jego klimat, zupełnie inaczej brzmi na żywo niż z płyty.
Moja zazdrość kiedy Ewa pomachała do Macieja, gitrarzysty, a on się uśmiechnął- bezcenne, oczywiście ona musi wszystkich znać z polskiego showbiznesu :)

Po Skubasie wyskoczył na scenę zespół zastępujący Ritę Orę- Sorry Boys, z tej zamiany chyba wielu się ucieszyło...Wokalistka momntami swoimi ruchami i głosem przypominała mi Lauren z Chvrches....ale tu nie ma nawet co porównywać Lauren do niej. Osobiście średnio mi się podobali..ich kawałki tak długo już były puszczane w Esce Rock że dosłownie chciało się biec do toalety... na prawdę było to kiepskie...choć się gibałam na boki to pozostał ten niesmak. Wokalista zagadywała do publiczności..grała na różnych instrumentach i jak już wspomniałam zapowiadała swoje piosenki i zachęcała do śpiewania.



 Jeden z gitrarzystów wyglądał jak Hitler gdzie jak tylko wchodził w interakcję z wokalistką, cisnęliśmy bekę wraz z Krzyśkiem. Ewa lubi ten zespół, więc była wpatrzona jak w obrazek. Potem kiedy już zbliżała się końcówka koncertu, zaczęło nam się nudzić więc Krzysiek zaczął nam zdjęcia robić co się nam bardzo nie podobało...
Marzyłam żeby ten koncert dobiegł końca..niech już skończą..zejdą... i niech wyjdą oni! Przed koncertem machałam i porozumiewałam się z Anią- lastową koleżanką, jeszcze lepiej walniętą ode mnie, ale za to ją lubię, choć na żywo ani słowa nie przegadałyśmy to chociaż po przeciwnych stronach do siebie się uśmiechałyśmy i obiecałyśmy sobie że następny gig Hurts w Polsce- spędzimy razem :3

Moi bogowie z Manchesteru... czas się niesamowicie dłużył..ludzi przybywało, robiło się ciaśniej, ale chłodne powietrze dawało komfortową atmosferę.. punktualnie o 20.20... no może o 20.22 wyszli ONI. Boże mój drogi.. Hurts który widzę po raz trzeci...a dalej robią na mnie takie wrażenie że mam mokro :D Ogromny biały napis z nazwą zespołu zawisnął na kotarze z tyłu...na scenie znajome światła i instrumenty..znajoma obsługa którą już widziałam.. i ten śmieszny przy tuszy koleś co testował światło i jego kąt padania - bezcenny :D Wykonywał takie same ruchy jak Theo, np. stawał na głośniku co wszystko było nagrodzone okrzykami oklaskami.. ale powrócę do samego wyjścia chłopców.. 

Theo z bokobrodami...OKEJ PRZEŻYJĘ. Ale Adam brody nie zgolił....niestety widziałam bardzo dobrze ten rudy kolor..nie umknął mej uwadze... bolało mnie serce gdy na nią patrzyłam.... ale co tam..ogromne okrzyki fanek... śmiech i niedowierzanie Krzyśka i Ewy kiedy zobaczyli jak ja reaguje na ich koncercie- bezcenne [2]. Na prawdę, nie zazdroszczę po raz kolejnym osobom które stały za mną..obok mnie nie gniotłam ludzi skakaniem, ale za mną pare raz poczułam coś miękkiego pod podeszwą :D. No ale przepraszam, takie są uroki koncertów...



Theo jak zwykle śliczne się przywitał..Hello Warsaw czy Dzień Dobry Warszawa...good to be back, powtarzane kilkakrotnie sprawiało że robiło mi się ciepło na sercu..oni na prawdę są tak serdeczni..tak skromni wciąż..mimo swojej ogromnej popularności... zdecydowanie inni na scenie niż 4 lata temu, ale tacy kochani i..sdsjanfk.ajfnljgnf. Chłopcy zagrali 16 utworów...wydawało mi się jakby to wszystko trwało zaledwie pół godziny.. wszystko co dobre, szybko się kończy. W porównaniu z setlistą klubową nie zagrali The Road, z czego w sumie się cieszę bo nie przepadam za nim.
Wszystkie kawałki były tak energetyczne...ciągle człowiek skakał albo klaskał.. lub machał rękoma...nie dawali ani chwili wytchnienia. Zaskoczyło mnie Cupid bo mimo że go nie lubię, ale to bardzo nie lubię i wiem że już je słyszałam to zrobił na mnie duuże wrażenie... jest niesamowicie energetyczny.
Standardowe kawałki do śpiewania jak Wondeful life czy Stay jak zwykle sie sprawdziły, a ja mogłam po raz kolejny wykrzyczeć się na maksa (czego skutki znosiłam dzielnie przez 3 dni - i to na prawdę nie była wina śpiewania na Kasabian, tylko właśnie Hurts).

Silver Lining po raz kolejny sprawiło, że zdechłam.... krzyknęłam do Ewy że to mój dzwonek na telefonie niezmiennie od 2,5 roku i że to moja najukochańsza piosenka... gesty jakie Theo przy niej wykonuje kocham całym sercem..tak skromne..ale i nonszalanckie.. malowałam ponownie z nim na niebie i robiłam małe kroczki z palców tak jak on....on wszystko robił jakby na odwal się ale te ruchy są tak seksowne, że .. eh :(
Wiedziałam, że to będzie świetny koncert...nawet nie zważałam na dziewczyny blondynki i farbowane czerwienie mówiące w połowie po rosyjsku i po angielsku które wepchały się obok mnie ostentacyjnie rozpychając łokciami cuchnąć wódą i papierosami aż się kurzyło w powietrzu ( a może to po prostu był dym Hurtsowy ze sceny... ).

Niestety jakby to powiedział klasyk "mają rozmach skurwysy*y" z tym rzucaniem róży :D Tym razem do publiczności powędrowały białe.
Tak bardzo liczyłam że Theo zejdzie z tej sceny choćby na najniższy schodek i usiądzie i przez całe Somebody to Die For będzie tak śpiewał, ale wtedy mocno współczułabym osobom z tyłu które miałyby do dyspozycji telebimy. Ja się cieszyłam świetnymi widokami..z początku jakiś koleś z gigantycznym upierzem na czarnych krótkich włosach i dziurą w szarej bluzce zasłaniał mi chłopaków, ale potem w rytm Miracle szybko się przesunęłam na prawo, a że on nie był skory do skakania to go wygryzłam :D
Na prawdę..po tym koncercie strasznie się naklaskałam i naskakałam...cała spocona ale przeszczęśliwa, pragnęłam JESZCZE I JESZCZE...wiem że ten koncert mogę zaliczyć do najlepszych z tych wszystkich trzech.. kontakt zespołu z publicznością oceniam 200 na 100 procent... a uśmiechy częste Adama na +500 do jego samooceny( na prawdę wybaczam już Ci tę rudowłosą brodę za te uśmiechy).

Prosto ze sceny :)

Chciałam jeszcze zostać na czas rzucania zespołu setlist, ale Ewa już marudziła że musi szybko do łazienki... no to powędrowaliśmy na górę schodkami, po czym znów zeszliśmy by odbyć mój koncert roku..na prawdę...zamieniam koncerty i Depeche Mode jest na drugim miejscu...
Krzysiek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, okazał się bardzo dobrym kolegą, a to pytał się czy jesteśmy głodne, czy chce nam się pić i czy czegoś nie potrzebujemy..od czasu do czasu przytulał w przyjacielski sposób.. a na Prodigy stwierdził że tak skakałam jakby mi włożono baterie Duracella( co ogłaszam tekstem Orange`a!)
Ano właśnie..po Hurts byłam tak podniecona..i tak rozentuzjazmowana, że miałam tylko ochotę na więcej i więcej.. mimo że byłam w bluzie i kurtce przeciwdeszczowej to nie było mi gorąco, no może w momentach przytulania przez nowo poznanego kolegę co czynił dość często na koncercie Prodigy- nie wiem może wyobrażałam sobie że jest Adamem Andersonem bo mimo że trochę było mi niezręcznie bo dopiero co się poznaliśmy, to nie odpychałam się od niego jakoś zbytnio :DD
Kiedy spacerkiem poszliśmy pod małą scenę, stwierdziliśmy że nie ma co pchać się do przodu bo i tak nas zgniotą, poza tym chciałam trochę odetchnąć...ale..na prawdę nie wiem jak to się stało, ale pierwsze dźwięki elektronicznych brzmień zespołu The Prodigy spowodowały że zaczęłam gwałtownie kręcić się w kółko i rytmicznie skakać do muzyki..Ewa z Krzyśkiem stali z boku jak wryci i pytali, co ja właściwie wyrabiam i czy się dobrze czuję .. a ja jak natchniona..niesiona bębniącymi rytmami..dalej się kręciłam i brałam przykład z dziewczyn które również koło mnie miały duuużo miejsca i skakały jak najęte, wymachiwały na boki nogami i rękoma na całą szerokość ramion...ja poczułam że jestem wolna..że mogłam wtedy robić co chcę i poczułam ŻE ŻYJĘ. Nie żartuję..to był taki stan radości którego nie da się opisać... mimo że staliśmy ( ja nie stałam) za mikserem i nic kompletnie nie widziałam, bo nawet telebimy pokazywały dziwne schizy to nic mnie nie obchodziło bo bawiłam się jak w transie..przez cały koncert skakałam i nie zważałam na to że mam już porwane trampki i na drugi dzień będę musiała wyrzucić ( choć jeszcze leżą w przedpokoju ;p).

Moje jedyne i jakże eleganckie zdjęcie z ich koncertu..

Nigdy nie byłam fanem ich muzyki... nigdy ich też nie słuchałam zawzięcie czy nawet przelotem..znałam Omen i na tym się moja miłość do nich kończyła..boli mnie serce że nie wiedziałam dlaczego Ci ludzie tak nagle zaczęli śpiewać refren..

Now the writing's on a wall
It won't go away
It's an omen
You just run out of automation
Now, now!


.. A ja nie wiedziałam co śpiewać więc udawałam że też znam żeby nie było wiochy.
Co jakiś czas łapał mnie i przytrzymywał w EKHEM  specyficzny sposób Krzysiek,  podobało mi się to w pewnym sensie.. ale i nie...miałam tyle energii i chciałam się bawić... na żarty to było.. i ograniczał jakiekolwiek ruchy.. próbowałam sobie przypomnieć co nie co ze szkoły gdzie policjant nas uczył, jakie ruchy wykonywać podczas ataków napastnika od tyłu, ale nie wychodziło...czyli marne szanse miałabym w prawdziwym starciu, oops! :D Super się z nim dogadywałam, wyszło nawet to że czasami wpada do mojego miasta żeby polatać ot tak samolotem, bo mamy takie małe niepozorne "prukawki" jak ja to nazywam...piękne zielone pola u mnie za miastem i tam stacjonuje kilka małych samolotów.. eh szkoda że się nie spytałam czy by mnie kiedyś tak nie zabrał, na taki przelot :< Ale to nieważne..
Ważne że Progidy (tak później już mówiłam o nich lol) zrobiło na mnie takie wrażenie że nie mogłam się bardzo długo po nich otrząsnąć..słuchałam ich nieustannie przez 3 dni od zakończenia festiwalu.. nie wiedziałam że drzemie we mnie tyle pokładu energii i jestem tak szalonym człowiekiem kiedy coś mi się spodoba..wow...no aż sama się sobie dziwię...
Krzysiek nakręcił ze 4 filmiki z tym jak jestem w swoim transie i wariuję..nawet nie dbałam o to, ale wiedziałam że nagrywa, włączył lampę i ciemno tam było, a ona świeciła prosto na mnie i myślałam że się trochę spalę ze wstydu, ale nie... who cares! Miałam to gdzieś bo liczyła się muzyka...tańczyłam odbiegając od Ewy i Krzyśka żeby mi nie przeszkadzali i próbowałam się podłączyć do skaczących dziewczyn, skutecznie przybliżając się i zderzając z nimi co skutkowało tym że tamta osoba odwracała się równocześnie ze mną i obdarowywałyśmy się ogromnymi uśmiechami, no coś cudownego, jedność ludzi :D

Opaski muszą być

Około 23.20 ..moi towarzysze byli już zmęczeni łupanką jaką serwował zespół i zatrzymali mnie i wybudzili z transu i poinformowali o godzinie, ja w panice że nie zdąże na autobus ( mimo że miałam dwie godziny) zatrzymałam się oparłam głowę o ich kurtki i mówię- niee chcę tu zostać do kooońcaa! Po czym oparta o ich ramienia..tragicznie zmęczona z obolałymi łydkami( które mnie męczyły do wczoraj! ) powędrowaliśmy na tyły Warsaw Stage wg wskazań Krzyśka...(bo oczywiście facet wie najlepiej no bo jak! ) posłuchałam się i poszłam..nie miałam siły się kłócić... idąc już ..Ewa zauważa że ktoś w biało czarnych strojach ..dość eleganckich fotografuje sie jakby z festiwalowiczami... powiedziała że to Ci od Hurts..a ja na prawdę na moje mokre oczy niewiele widziałam w tej ciemności... ale wytężyłam wzrok i ...tak.. to był gitarzysta i perkusista Hurts...boże jak żałuję że chociaż z nimi sobie zdjęć nie zrobiłam :( To był Pete, Lael i Paul ( choć jak wypatrzyłam tylko dwie postacie... ) boże, można z nimi było sobie ot tak pogadać..chodzili swobodnie... jednak mądra Aga stwierdziła że nie, albo zdjęcie z Theo i Adamem albo żadne, no i moja twarz pod skakaniu nie wyglądała cudownie więc to przeważyło..
Wiedziałam bardzo dobrze że Krzysiek pomylił drogi.. był przekonany że jeżdżą tramwaje, ale ja wiedziałam lepiej.. że nie jeżdżą...zrobiliśmy z dupy kilometrów tylko po to żeby przejechać jeden przystanek.. a potem znów jechać jak śledzie..pożegnaliśmy się z kolegą który mieszka 10 minut od Stadionu i ruszyłyśmy wraz z Ewką w stronę dworca znów niczym śledziki z poprzedniego dnia..
Ciężko było mi powrócić do domu po takiej dawce energii którą dała mi muzyka tego dnia..przecież kilkanaście dni temu pisałam posty o tym że drugi dzień będzie najgorszy dniem..a tymczasem okazał się najlepszym..umocniłam się w przekonaniu jak bardzo kocham zespół Hurts i jak nie warto zamykać się na jeden gust muzyczny...














Buty po koncertach takie sprawne i gotowe do dalszego użytkowania...

Nie mogłam zasnąć..wiedziałam, że czeka mnie bieg na drugi dzień..ciężki poranek...że trzeba będzie wstać wcześnie rano i pędzić pod stadion by zająć miejsce.. z przerażeniem obserwowałam swoje trampki .. a potem w autobusie przeglądałam zdjęcia koleżanki która złapała Kasabian na lotnisku..przeurocze zdjęcie z  Tomem - bezcenne... ale pocieszam się wciąż tym..że gdybym została na tym lotnisku..na pewno nie przeżyłabym takich cudownych chwil... jak np. ten z Panem Andersonem od tyłu lol, więc czy na pewno mam czego żałować? Tych chwil nikt mi już nie odbierze..
Na dzisiejszy wieczór mogę polecić tylko jeden filmik.. prawie półtorej godziny świetnej muzyki która mnie tak oczarowała...ktoś się nieźle napracował, ale warto było..
Do jutra kochani! Bo już jutro recenzja ostatniego dnia festiwalu :)

Enjoy!
xoxo
https://www.youtube.com/watch?v=4ptCbDKdTfA&feature=youtu.be

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz