środa, 18 czerwca 2014

Orange Warsaw Festival 2014 - Day 1

Ło ło ło łooooo! Moja depresja koncertowa sięgnęła zenitu..wracam o 22 z pracy do domu...słucham Hurts.. i chce mi się płakać bo nie wierzę że te najpiękniejsze 3 dni w roku na które tak bardzo czekałam..już się skończyły, czas powrócić do rzeczywistości..
To śmieszne..ale człowiek przecież żyje w normalnym świecie będąc na koncercie, wśród tylu osób na takim festiwalu...a i tak potem mówi że powrót do rzeczywistości będzie trudny.. do normalnego życia..Bo faktycznie, taki maraton koncertowy daje kopniaka ale i przymula bardzo bo człowiekowi NIC się nie chce robić...jest przybity tym faktem że to już koniec. ale musi być twardy i się nie dać! Ale od początku...

Czekamy....nic się nie dzieje..na na na naa. No dobra, po chwili zaczęły balony się za nami zawalać, ale to tylko to.

Pierwszym dniem się stresowałam..rano oczywiście łazienka z 5 razy zaliczona.. a o 13.30 spotkanie się dwóch osób poznanych przez last fm. Całe szczęście, istnieją na świecie jeszcze tacy cudowni ludzie, którzy są szczerzy i potrafią zagadać kiedy ktoś szuka pomocy.
Spotkałyśmy się na Dworcu Centralnym przy Subwayu, po czym ruszyłyśmy w poszukiwaniu przystanku z którego Edyta miała odjechać o 2 w nocy do siebie, do Lublina. Nie było to trudne, gdyż wcześniej już ogarnęłam teren i gdzie co jak jest.
Zapoznając się i wymieniając przeszłościowe koncertowe wrażenia ruszyłyśmy w deszczową kiepską pogodę w kierunku podziemii. Bless you Edyta że wzięłaś tę parasolkę!
Ano właśnie...niby zakaz za zakazem, a tak na prawdę tysiące ludzi miało parasolki...oj bez nich trudno byłoby wytrzymać w tym zimnie i powracającym deszczu.
Kolejki nas nie przeraziły, ustawiłyśmy się i czekamy...czekamy...i jeszcze czekamy...dochodzi godzina 15...15.30...16...16.30... i dalej czekamy i mokniemy. wpuścili 2 partie ludzi...a my akurat załapałyśmy się dopiero na 3 partię.. i czekałyśmy te półtorej godziny..Z racji tego że stałyśmy bardzo już blisko bramy wejściowej dużo ludzi pytało się nas, co jest grane i czemu nie wpuszczają..Stewardzi ciągle swoje- problemy techniczne...zaczeły się okrzyki w stylu - "Otwórzcie bramy! ", "Jest 16".
Po wpuszczeniu 3 grupy ludzi, spokojnie doszłyśmy do stanowisk opaskowych i nie śpiesząc się poszłyśmy pozwiedzać miasteczko festiwalowe, Edyta kupiła kartę, a zaraz potem odwiedziłyśmy Sklepik festiwalowy z merchem bo koleżanka bardzo chciała kupić koszulkę z Pixies, ano właśnie, koszulki były jak na zespołowe tanie- od 50 do 150 zł (bluzy). Miałam chęć zakupić Milesa, ale stwierdziłam że jednak nie chcę, wypatrywałam koszulki Kasabian ale dopiero dowieźli na drugi dzień ( również nie zachwycały).
Ruszyłyśmy do łazienek, nie łatwo nam szło chodzenie po miasteczku w czasie takiej pogody.. ale cieszyłyśmy się że większość czasu i koncertów spędzimy nie pod małą sceną tylko pod dachem stadionu.

Scena z daleka wydawała się ogromna, a kiedy już się stało pod nią- gigantyczna.

Około 17.00 spacerkiem szłyśmy w kierunku barierek by zdobyć jak najlepsze miejsce i widok na scenę..i ..o dziwo tak późnej godziny i tak je miałyśmy. Stałyśmy pod prawym telebimem.
Punktualnie kwadrans później rozpoczął się pierwszy koncert- French Films- muszę przesłuchać ich kawałki jak brzmią z płyty, bo na żywo są super fajnym indie rockowym zespołem, wokalista przypomina mi wokalistę zespołu Keane i byłam w niego wpaczona jak w obrazek :3

Barierkos na French Filmos i Pixiesos :3


O 18.45 BARDZO PUNKTUALNIE, ruszył do boju legendarny Pixies na który tak wiele osób czekało i na prawdę chyba nie zawiedli. Musiałyśmy się z Edytą rozdzielić gdyż ja nie chciałam opuścić barierek a ona chciała być bliżej zespołu i przesunęła się na środek. Ja osobiście cieszyłam się, że będę miała możliwość usłyszeć i zobaczyć tak kultowy zespół choć znam tylko dwie piosenki z czego ostatnią jaką zagrali było Where is my mind, który śpiewałam w rytm Molkowego tonu, co miało się trochę nijak do wersji rodzimego zespołu.
Jakość zdjęcia taka dobra.

Piekna basistka z prawej..

Nie mogłam oderwać wzroku od prześlicznej basistki(Kim Shattuck) - jej dziewczęcego, uroczego ale zarazem seksownego stroju.. krótko ścięte włosy, dłonie delikatnie pieszczące gitarę i słodka czerwona kokarda na końcu instrumentu - no miód dla oczu, czasami uśmiechała się chyba jako jedyna..no może jeszcze perkusista który miał swój moment w środku koncertu gdzie zagrał super solówkę - wciąż utrzymuję że jest bratem S. Jobsa :P
Edzia długo nie mogła podnieść się po występie ludzi z Bostonu...powiedziała że to była jej setlista marzeń. Nie dziwię się, jest ich dużą fanką i zobaczenie po raz pierwszy raz na żywo swojego ulubionego zespołu jest przeżyciem niedoopisania.


Jakoś chwilę potem postanowiłam wejść na facebooka i z niego dowiedziałam się że tymi problemami technicznymi była zawalona część sceny na Warsaw Stage której były winne warunki atmosferyczne, co wydaje mi się być trochę absurdalne, od kilku tygodni było zapowiadane że pogoda będzie kiepska....
Po ich koncercie udałyśmy się na górę ( już nie wiem po co ? ) ale wiem że szybko chciałam wrócić na Queens of the Stone Age..chciałam żeby mi udowodnili jak dobrzy są na żywo..no i pokazali. Ogromny Josh przede mną na telebimie...nie wiedzieć czemu zamiast patrzeć na scenę patrzyłam w większości na telebim...może dlatego żeby przyjrzec się bardziej seksownemu Troyowi van Leeuwen :D

Troy i jego seksowne włosy (z lewej )m.dziennik.pl 

Rudyyyyyyy

Tak...wydawał mi się taki z daleka, ale po obejrzeniu innych zdjęć stwierdziłam że jednak nie bardzo... Sam Josh powalał mnie swoimi ruchami i genialnym głosem...grą na gitarze i grą na pianinie...
Szkoda że tak niewiele osób śpiewało choćby taki hit jak Make it wit chu...chyba za bardzo chciałam się spodziewać powtórki z zeszłorocznego Openera.. :( Jednakże bardzo jestem zadowolona z ich koncertu..co prawda po stronie prawej sceny było trochę drętwo, ale pod koniec nieco się wszystko rozkręciło.

Po ich koncercie szczerze zwątpiłam w to, czy w ogóle wychodzić ze stadionu w taką pogodę i nie odpuścić sobie Lily na którą tak czekałam.. jednak wygrała znów miłość.. podreptałyśmy na górę stadionu aby potem znów zejść..i przebrnąć przez kałuże na małą scenę... wodę którą spokojnie wniosłam na Stadion, na małą scenę już nie mogłam wnieść :o Nie chcę nic mówić ale nie widzę tu logiki ani porządku.
Nie ważne.. ważne że zdążyłyśmy na Lily Allen, którą już rozpoznałam kiedy byłam jeszcze pod stadionem na jej promenadzie.. ten słodki głos niczym u 11 latki- na prawdę! Nie wierzyłam że ona ma aż taki dziewczęcy głosik.


Kiedy dotarłyśmy a raczej przecisnęłyśmy się bliżej sceny, trochę przed mikserem wreszcie mogłam ją zobaczyć, była jużw wtedy ubrana w różową suknię balową, włosy spięte i te jej duuuże oczy które biły na kilometr. Rzuciły mi się w oczy buteleczki dla dzieci które migały w tle, nie wiem co miały oznaczać ale pomysł przedni! Lily zagrała długi set - aż 19 piosenek. Ja akurat zdążyłam wyłapać że wpadłyśmy pod scenę na As long as I Got You, wiedziałam że to coś z nowej płyty. Potem poleciały moje dwie ukochane piosenki - Fuck You, gdzie wszyscy z przodu wymachiwali środkowym palcem w stronę sceny i głośno śpiewali a następnie Littlest Things...gdzie wersja instrumentalna jak dla mnie jest po prostu...czymś niedoopisania, jest prześliczna..a Lily jak to ona..usiadła sobie na schodach i śpiewała.... boże *_*.
To miało wszystko swój urok, bo od czasu do czasu padał deszcz, ale nie tak bardzo i przy tych jej lirycznych piosenkach jak spojrzało się na światło to jakby śnieg padał..
Na Kings of Leon średnio mi zależało, ale uznałyśmy z Edytą że trzeba ich zobaczyć, więc wyszłyśmy..idziemy już miasteczkiem festiwalowym aż tu nagle Somewhere only we know :((((((( Chciało mi się płakać że nie mogę tam być i śpiewać tej ukochanej piosenki...ale co zrobić, wszystkiego mieć nie można.




Barwne wizualizacje na KoL



Zakupiłyśmy colę i z górnej trybuny popatrzyłysmy na KoL. Osobiście- nie to żebym sugerowała się opiniami ludzi z Openera z zeszłego roku, jacy to oni są okropni na żywo.. ale no na prawdę nie zdobyli mnie niestety. Jedyne co fajne było to wizualizacje za nimi i sposób ich pokazywania na telibimie. Nagrałam nawet jedną piosenkę..tylko teraz problem taki że kompletnie nie wiem co to jest :D Będę musiała się z tym do ekspertów zgłosić chyba.


Około 23.30 szłyśmy już w stronę tramwajów które jednak nie jeździły o tej porze.. ale odnalazłyśmy jakoś autobusowy i ściśnięte jak śledzie w sosie własnym- dojechałyśmy na Centralny. Posiedziałyśmy tam z 40 minut pijąc gorącą czekoladę i zapychając się okropnymi kanapkami, fuuuuuu..
Odprowadziłam nowopoznaną koleżankę na przystanek, wyściskałyśmy się i poszłam w stronę metra..
W domu byłam o 2.15 więc nie jest jeszcze tak źle, ale zważając na to o której miałam wstać i być gdzieś w sobotę rano - ta pora była dość późna, ale o tym co się wydarzyło w Sobotę, opowiem ze szczegółami już jutro, boo się działo! :>
Ogólnie oceniam pierwszy dzień jako najsłabszy ze wszystkich - przez to półtoragodzinne czekanie..przez głównie też pogodę, towarzystwo koncertowe jednakże wiele mi wynagrodziło bo dogadywałyśmy się tak, jakbyśmy się znały z rok, a nie pierwszy dzień :)

Na koniec wrzucam Wam do obejrzenia właśnie filmiki ze streamu z Lily Allen jakiegoś gościa który sporo ich ma z całego festiwalu: oto kanał :
https://www.youtube.com/channel/UCc4ZtX0eNxBxQ3xC2FryNDA

Enjoy !
xoxo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz