piątek, 4 kwietnia 2014

Pink Floyd - Psychodeliczny fenomen- review



Tak jak obiecywałam, zrobię dzisiaj krótkie omówienie książki/ zespołu który jak sama nazwa wskazuje jest pionierskim wręcz odkryciem i który rozpoczął nowy kierunek w brytyjskiej muzyce. Zabieram Was do malowniczego Cambridge do 1964 roku a i trochę późniejszych lat także...




 Książka dzieli się na 24 rozdziały i wydana była w Krakowie 1994 roku. Na końcu opisane są Dyskografie poszczególnych członków i Filmografia.
Nie wiem jak Wy, ale ja tak mam, że kiedy czytam starsze wydania biografii zespołów - bardziej im wierzę niż jeżeli miałabym przeczytać Marka Blake`a książkę "Prędzej świnie zaczną latać" i jemu zaufać. Choć wiadomo że nowsze wydanie zawierają świeże informacje o zespole i co się z nim aktualnie dzieje to jednak jakiś sentyment jest do tych starych wydań. Choćby te charakterystycznie pachnące lekko przeżółkłe okładki. Mhm.. :)

Książka zaczyna się od narodzin Watersa, potem kolejnych członków zespołu. Czasami mam wrażenie że to on jest główną osobą w zespole, tym najważniejszym, frontmanem.
Po przeczytaniu książki, wnioskuję, że dalej jak go nie lubiłam tak dalej go nie lubię choćby za te bezczelne teksty jakie są przytoczone w książce w związku z dalszą pracą chłopaków nad płytami bez Watersa pod nazwą Pink Floyd.


Bardzo lubię to zdjęcie, jest ono jako pierwsze w książce z o wiele cieplejszymi barwami, a szczególnie lubię sposób siedzenia  Syda i Rogera :)

Przez cały okres czytania książki baardzo wsłuchiwałam się w ich każdą płytę, wyłapywałam rzeczy o którym się ludziom nie śniło ;)
Bo według mnie, ich muzyka nie jest dobra do "a puszczę sobie tak przy okazji" np. do sprzątania czy nawet nauki, choć z tym już lepiej. Teraz zauważyłam dopiero po przeczytaniu jak są bardzo genialni i wiem dlaczego doceniani.. Jest masa dźwięków na płytach których nie dostrzegamy na pierwszy czy drugi odsłuch. Pink Floyd to zespół którego powinno się słuchać w kompletnej ciszy i z ogromnym zainteresowaniem gdzie nic nie powinno przeszkadzać ( nawet kolejne niespodziewane wejście mamy do pokoju z zapytaniem czy zrobić Ci herbaty a trzeba najpierw powiesić kartkę niczym w hotelu-  Don`t disturb - Pink Floyd are in my room!
Jest wyjaśniona i przetłumaczone spora część tekstów dzięki czemu mogę sporo zrozumieć co mieli do przekazania..to niesamowite jakie teksty ich piosenek miały totalną psychodeliczną głębię. No można było się zatracić przez tydzień i 2 dni non stop słuchania i podziwiania.
Najbardziej ciekawiły mnie teksty Davida Gilmoura, nie tylko w piosenkach ale i wyrwane z jakiś wywiadów. To członek zespołu do którego z początku totalnie nie żywiłam sympatii, potem mi się spodobał tak normalnie, jak facet - kobiecie, po czym zadłużyłam się w Jego solowych albumach i przegenialnym live-m z Gdańskiej Stoczni z 2008 roku.
Najfajniejszy moment książki to ten kiedy David opisuje jeden z koncertów, bodajże to był w Wenecji. Chłopaki dali popis i swój laserowy show na tle Bazyliki Św. Marka. To był koncert-stres. Jeden wielki oczywiście. Bowiem długość koncertu została wyliczona co do minuty a transmisja satelitarna która była nadawana na cały świat zobowiązywała do ogromnej precyzji z której się wywiązali. Dostali spis piosenek, które trzeba było znacznie poskracać, a jak wiemy z dyskografii, ich utwory nie należą do najkrótszych, skracanie musiało ich bardzo wkurzyć, fanów także, mam nadzieję że nie straciły swojego uroku przez to. David opowiada, że przed sobą  miał jaskrawo napisane cyfry aby były widoczne w ciemności, kiedy piosenki się mają zacząć i o której skończyć. Mimo wielu stresów, podobno i tak bawili się bardzo dobrze.''



Piosenka High Hopes jest o życiu Davida w Cambridge, o Jego dzieciństwie. Tekst został napisany wciągu jednego dnia, zaraz po napisaniu tekstu w małym domku z małą pomocą Polly (brytyjska dziennikarska i pisarka z którą ożenił się w 1994 roku) wybrał się na studia gdzie nikogo nie zastał, po czym wrócił i sam nagrał demo. W końcówce piosenki słychać w telefonie głos Charliego (teraz ma 23 lata).

Z pewnością jeszcze znalazłoby się z kilka piosenek które warte są krótkiego opisu, jednakże bez przesłuchania w tym samym czasie piosenki - tracą w sobie ten mały sens.
Właśnie...u mnie z ich muzyką jest bardzo ciężko. Słusznie powiedziane jest że nie można przesłuchać ich 2, 3 razy - nie spodoba się i koniec nigdy więcej. Są bardzo specyficzni. Ja także potrzebowałam kilka podejść, oczywiście niektóre utwory wchodzą gorzej niektóre są cudownymi brylantami które pielęgnowane przez lata osiągają najwyższe ceny.
Bardzo trudno czytało mi się wzmianki o ich pierwszych płytach i piosenkach gdyż mam małą wiedzę na ich temat, wiele tytułów widzę pierwszy raz na oczy, musiałabym siedzieć przy kompie, włączać, wyłączać, szukać płyty i znów to samo. Więc co to za przyjemność z czytania książki ? No chyba żadna.
Póki mam książkę w domu, zrobię spis piosenek na których bardziej muszę się skupić i mogą być dla mnie istotne i bardzo ważne.

Będę musiała się niedługo zabrać, a raczej ODWAŻYĆ( tak wiem, to dziwne słowo do odsłuchiwania), przesłuchać płyty Syda. Jest bardzo ważnym, jak nie najważniejszym członkiem zespołu o którym czasem się zapomina a przecież był takim oszlifowanym diamentem..
 Jedna z dziennikarek pytając chłopaków o historię początków zespołu, jak to się zaczęło, kiedy przytoczyli nazwisko Syda, w ogóle nie wiedziała kto to jest, to nie to że nie chciała drążyć, pytała bo nie znała historii, nie też dlatego że ona wie, a pyta żeby ludzie się z telewizji dowiedzieli.
Tak bardzo boję się ich przesłuchać że aż mi gęsia skórka wyskakuje, ale wiem że muszę, jest bardzo ważny dla zespołu a zapoznanie się z Jego małą dyskografią powinno być szybkie i przyjemne, chyba że znów będę się męczyła jak z PF ;) Może dlatego tak się boję bo Jego historia jest tak piękna, wrażliwa  i smutna zarazem że myślę iż to jest najsmutniejsza historia muzyka na ziemi ever.s

Na dzisiejszy wieczór mogę polecić Wam dwa filmiki.
Pierwszego nie rozumiem, ale polecam bo jest to na pewno ważne - w sensie fascynacji psychodelicznymi obrazkami nie rozumie bo mnie to nie fascynuje, ale o gustach się przecież nie dyskutuje,  choć nieustannie będzie mi się to kojarzyć z koncertem Petera i tego kolorowego nieba z tymi..niebieskimi chmurkami no i z moją Sydką - M...

Drugi filmik to jakże może być inaczej - Sam Bóg gitary i właściciel cudownego przenikliwego głosu z opowieścią o swoim dzieciństwie w Royal Albert Hall.  Tę piosenkę uważam za prawie że hymn Pink Floyd, tak samo jak Enjoy the silence w wykonaniu Depeche Mode.
Pozytywnego pierwszego kwietniowego weekendu kochani!

Enjoy !
xoxo

Ciągnięci siłą wewnętrznego przypływu
Na wyżynach z rozwiniętą flagą
Kręci nam się w głowie 
Od wysokości naszego wymarzonego świata



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz