wtorek, 25 lutego 2014

CONCERT - DEPECHE MODE + AFTER PARTY

Chciałoby się dzisiejszego słonecznego popołudnia rzec: Czy taka pogoda jak dziś nie mogła być wczoraj? Cały tydzień ciepło niczym na wiosnę..a wczoraj trochę pochmurno + bardzo dokuczający wiatr. Bardzo.

Chyba mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że to był mój koncert życia.. nie da się tego opisać, musiałabym komuś opowiedzieć te emocje i wszystko co się wydarzyło w twarz, ale obawiam się, że zajęłoby mi to bite 2 godziny. Także, od początku zacznę, jak zawsze.



Umówiłam się z 3 dziewczynami (jedną z lasta, dwiema z forum DM) na Młocinach aby ruszyć w przygodę życia polskim busem. To już moja 3 podróż  i kolejna z tą firmą na koncert + jak zawsze udana. Po ostatnich częstszych doniesieniach o opóźnieniach, obawiałam się trochę czy wszystko będzie na czas. No i było jak należy.. no może z jednym małym wyjątkiem.
W metrze oczywiście pomyliłam kierunki i gdzie indziej wyszłam i szukałam przystanków jak na haju, ale trafiłam..miałam jeszcze godzinę czasu, bo o 11 mieliśmy busa. Napisałam do dziewczyn że rozpoznać mnie można po pomponie czarno-brązowym i białej małej torebce z napisem -księgarnia amerykańska. Była już 10:45 a żadnej dziewczyny nie widać ani nie słychać, choć pisały smsy na bieżąco że już dojeżdżają i tym podobne. Marysię - 34 letnią rudowłosą depeszkę miałam rozpoznać po czarnych nausznikach, które błyskawicznie się pojawiły przed moimi oczami. Następnie z lewej strony nagle wyskoczyła malutka ( nie wiem czy miała 165 cm) Ania, która miała jako jedyna bilet na GCEE i poszukiwała tylko towarzysza podróży. Magda- (jak ją ochrzciłyśmy wraz z Marysią - Brodka - gdyż wyglądała właśnie jak Monika za młodu, ciemne brązowe oczy, długi nos, drobne sprężynki zwinięte w kok - pojawiła się dosłownie w ostatniej chwili, panicznie wydzwaniałam do niej i dowiadywałam się gdzie jest. Na szczęście zdążyła.
Usiadłyśmy jak elita na samym końcu i zaczęłyśmy nie śmiało się zapoznawać. Dziewczyny od razu stwierdziły, że taka ze mnie organizatorka a się nie przygotowałam - chodziło o to że pod grubą kurtką miałam tylko krótki rękaw z bluzką Sounds of the Universe..no i te nieszczęsne rękawiczki.
W dużej mierze nasze rozmowy w autobusie opierały się na zdawaniu relacji Ani z koncertów które już miała ze sobą ( a było ich 10) ..różne opowieści to były, prawie że zabawa w paparazzi i chodzenie za chłopakami w ich poszukiwaniu oczywiście...najgorsze koncerty...najlepsze..najfajniejsze momenty.
Ja tylko się mogłam w sumie biernie przysłuchiwać tej rozmowie gdyż niewielkie mam doświadczenie. Razem z  Magdą mam wrażenie byłyśmy młodymi depeszami wśród ich obu tak dojrzałych i które już dużo widziały i przeszły. Marysia na całe szczęście kupiła 100 czarnych balonów, a sprzedawca który wydawał je  pytał się zdziwiony - jest Pani już 3 osobą która dzisiaj pyta o czarne balony!
Każdy szukał gdzie mógł, ja ostatni tydzień miałam tak napięty, że nawet nie miałabym możliwości zajrzeć do jakiegokolwiek papierniczego sklepu. Potem stojąc w kolejce rozdałyśmy innym paczkę, powciskałyśmy w kieszenie sobie po kilka i potem rozdałyśmy ludziom już pod sceną.



 Równo o 13.15 dotarłyśmy na dworzec Łódź Kaliska, trochę się tam jeszcze pokrzątałyśmy i ruszyłyśmy żwawym krokiem w kierunku Areny. O tej godzinie..mianowicie o 13.30 rok temu w Warszawie - było już pełno ludzi poubieranych na czarno ...a wczoraj ? Cisza ..jakby przed burzą. Obeszłyśmy arenę, rozeszłyśmy się z Marysią która miała numerek bodajże 115. Nas nie numerowali. Poszłyśmy z początku pod bramę 16 skąd miałyśmy mieć bliższy bieg pod barierkę po stronie Martina, ale Ania rozgrzewając się przeszła wokół Areny po czym przybiegła i poinformowała nas że w bramie 25 jest może góra 20 osób. Długo się nie zastanawiając pognałyśmy tam i rzeczywiście kolejka była imponująco mała, tyle że tam warunki oczekiwania nie były tak przyjemne, gdyż mieliśmy tuż obok siebie plac budowy gdzie piach dawał w oczy.
Perspektywa oczekiwania 4 godzin na wejście, zerkania non stop na zegarek - nie należy do przyjemnych rzeczy- szczególnie kiedy okropnie wieje, a temperatura odczuwalna była na pewno na minusie. 
Dziewczyny koło 15 wybrały się napić czegoś rozgrzewającego a ja postanowiłam pilnować kolejki.



Ludzie byli bardzo różnie poubierani... i w różowe stroje i w żółte, ale przeważał oczywiście kolor czarny.
Zaczęli nas wpuszczać i zaczęęło się napieranie, nie myślałam że mnie zgniotą czy coś, ale nie uśmiechało mi się od razu na początku przygody koncertowej zarobić parę siniaków. Sprawnie wskoczyłam na prawo gdzie były osoby bez bagażu. Nie powiem, trochę miałam cykora, bo odkupowałam bilet w końcu od obcej osoby, ale wszystko przeszło sprawnie, umówiłyśmy się, że do szatni biegniemy na lewo, dwójka przygotowana i byłam gotowa, dziewczyny miały torebki także mogli ich pewnie tam trochę posprawdzać i im się dłużej nieco zeszło. 
Wybór bramy nr.25 było najlepszą decyzją-  chyba Ania dzięki swoim loczkom przeistoczyła się w naszego anioła stróża bo okazało się że z tej bramy nie musiałyśmy biec nie dość że do przodu to jeszcze trochę w bok, także to był świetny wybór. 2 razy, nie wiem po co nam sprawdzali jeszcze bilety, jakby nie mogli raz, no ale to kwestie uczciwości były...bo GC wraz z  GCEE było na 3/4 całej płyty a PŁYTA oczywiście jak zwykle malutka i tamże musiało być najciaśniej. Wielu ludzi było tym zaskoczonych, ja nie byłam bo polityka Live Nation jest przez wszystkich nienawidzona i z tego powodu między innymi.
 Kiedy dotarłyśmy do tłumu, na początku była zniesmaczona że tak dużo ludzi już jest...ale potem nabrałam optymizmu więcej, zamiast stanąć dalej na wprost wybiegu, wybrałyśmy opcję stania bliżej sceny ( 4 rząd!! ) po Martinowej stronie ( kolejne marzenie spełnione aby własnie po Jego stronie stanąć :)) 
Po około 20 minutach staniach, szybko za nami zaczął się robić tłok, postanowiłyśmy jak większość ludzi, usiąść, bo bezsensu było stanie przez 3 godziny i płakanie że nogi bolą czy plecy.. niewygodnie było ale cieplej trochę..po około pół godzinie zaczęło wszystko ze mnie schodzić..całe zimno... po godzinie zaczęło się robić dość parno..nawet jak weszłyśmy na arenę z szatni to walnął taki buch ciepła że aż się zdziwiłam i ucieszyłam z początku, że ogrzeję się.. 


Mało było ludzi którzy byli sami w naszej strefie..dużo osób w kilku osobowych grupach.. przeważnie widziałam starych depeszów, znali każdą piosenkę, nawet z Delty. Dużo osób w naszej okolicy było pijanych którzy totalnie nie umieli zachować się na supporcie, czyli Choir of Young Believers. 
Support ten, nie wiem jak w innych krajach, ale u nas to jedna wielka pomyłka. Ani muzycznie, ani wyglądem ani niczym innymi nie pasowali do zespołu który wspierali. Jeden łysy koleś (tró fan) krzyczał przynajmniej z 10 razy - wypierd*lać + gwizdy, choć z niektórych stron także dało się usłyszeć. 

Kiedy support skończył swoje wycie, nastał czas gorącego oczekiwania, trochę trybunom nie wychodziły te meksykańskie fale, na Narodowym to wyglądało bardzo imponująco. Oklaskiwaliśmy ich i dało się odczuć taką jedność nie do opisania, wsparcie z każdej strony. 
Elektroniczne bity, połączone z nutą techno "umilały" nam oczekiwanie.. Kiedy nastał główny set Gore`a przed pierwszą piosenką - wszyscy już wiedzieli że to za chwilę, wtedy nawet nie miałam jak ręki podnieść do góry i sprawdzić godziny, ale posilałam się dziewczyną która pisała smsy i podpatrywałam u niej godzinę. Całe szczęściem, że Marysia pomyślała o tym żeby zabrać ze sobą wodę, inaczej to zdechłabym. 
Setlista jaką nam chłopcy zaprezentowali była okrojona, zabrakło 3 piosenek.



Chłopaki na prawdę dali czadu, na pierwszych 3 piosenkach większość osób w pobliżu stała z aparatami i to nawet niezłej jakości było widać, ja postanowiłam się totalnie cieszyć koncertem i zrobiłam bardzo mało zdjęć, żadnego filmiku oczywiście. Strasznie cieszyłam się, że mogłam ujrzeć wreszcie w całości te wszystkie wizualizacje w pełnym wymiarze, najlepsze wrażenie zrobiło na mnie wizualizacja z Heaven - gdzie na chłopaków w ogóle nie zerkałam tylko patrzyłam co wyczyniają na telebimach, no i Enjoy the Silence i powyginane dziewczyny, które odkryłam że mrugają oczami i poruszają trochę palcami haha.
Piosenkami wieczoru mogę nazwać zdecydowanie Behind the Wheel i But Not Tonight.
Na Slow miałam wrażenie, że zaraz usnę ale z drugiej strony widziałam przytulające się wokół mnie pary gdzie miałam uczucie, że zrobiło się totalnie erotycznie, jeszcze to vibrato Marta....
Black Celebration i napompowanie mojego jedynego balonika- nie wyszło..zbyt mało miejsca..zbyt szybko trzeba by było to zrobić i ...zawiązać, czego ja nie potrafię zbyt sprawnie robić. Ogólnie to widziałam że bardzo dużo osób na trybunach miało balony...nie mogło zabraknąć kilku nie takich jak potrzeba - fioletowych czy nawet niebieskich...bo ludzie zawsze i tak zrobią inaczej i znajdą się jakieś osły. Myślę że akcja się udała, choć nie było tak wcale dużo balonów, może dlatego że się nie rozglądałam bo śpiewałam tylko jak wleciał mi w oczy balon to reagowałam.
Na Policy of Truth puszczałam strzały do koleżanki żeby oddzwoniła gdyż chciała posłuchać tej piosenki ...ale coś musiało nas cały czas rozdzielać i nic z tego nie wyszło. Pamiętam, że siły zaczęłam tracić po Personal Jesus, piosenka hardkorowa, do klaskania, skakania, tańczenia..a miałam tę świadomość że przede mną jeszcze aż 5 piosenek, a ja w duchu modliłam się o szybki koniec i wyjście na zewnątrz..Plotki głoszą, że to zespół zażyczył sobie temperaturę 24 stopni, bo Dave był chory, totalnie absurdalne. Nie wiem kogo tu obwiniać, ale ten ktoś powinien mocno oberwać za to, skoro na trybunach było gorąco to co dopiero my mieliśmy powiedzieć? Marzyłam tylko o tym żeby usiąść w jakimś przeciągu i żeby mnie wywiało z każdej strony..But Not Tonight było tak magicznym kawałkiem że na prawdę chciało mi się popłakać..prześliczna jest ta piosenka... Marysia mówiła też miała takie uczucie na jednej Martinowej piosence.
Trochę mi smutno i ubolewam nad tym, że każda stała w innym miejscu trochę..niby obok siebie ale jednak nie, przepuściłam dziewczyny do przodu bo były niższe, na początku w kupie, a potem skakanie i inne...i tak się rozeszłyśmy..


Miałam to szczęście, że wokół mnie było więcej chłopaków niż dziewczyn, a jeśli już to ciąągle starsze pary ale dobrze się bawili i wszyscy skakali kiedy należało.
Podobało mi się to, że po piosenkach Martina  po którego stronie stronie twardo stałyśmy, chłopak zawsze jeden zaczynał żwawo skandować Martin Martin! I tylko się uśmiechał na to wszystko kiedy technik podawał mu gitary. W ogóle był taki czas że ten koleś od podawania gitar Martinowi jakieś dziwne miny do nas robił i udawał że mówi coś..wtf z tym człowiekiem :D
Po  większości piosenek co także mi się podobało, było skandowanie Depeche  Mode! Depeche Mode! Fajne to było kiedy najpierw trybuny zaczynały, potem my usłyszeliśmy i wszyscy razem :) Coś cudownego !

Oj ciężko mi było podnieść ręce na ostatniej piosence do machania ... raz jedną machałam, raz drugą, wszystko mi omdlewało..
Dużo osób zwróciło uwagę na to, że nie powiedzieli chłopcy na koniec - See You next time.. ale właściwie ..y..to czemu mieliby to powiedzieć ? Przecież już nie wrócą do nas na tej trasie, ewentualnie jak zgodnie stwierdziłyśmy, za 4-5 lat jak może wydadzą jeszcze nową płytę.

Jeszcze wspomnę o tym, że na bisie w czasie tej krótkiej przerwy mieliśmy śpiewać - "Lets play, master and servant, oh c`mon master and servan"- nie udało się. Oczywiście krzyczeliśmy nazwę zespołu.
Od razu po zakończeniu podeszłam ostatkiem sił do Marysi i powiedziałam że nie ma opcji, że nie jadę na after..nie mam siły..jestem spocona i wszystko mnie boli z plecami i rękoma na czele, ale nic nie odpowiedziała tylko popatrzyła smutnym wzrokiem, podała mi wody, a potem odszukałyśmy Magdę która znalazła się baardzo blisko barierki, chyba w 2 rzędzie. Marysia zaproponowała żebyśmy powalczyły o kostki i o setlisty, no to podeszłyśmy do barierek, ale nie wyszło, choć kostkę złapał wysoki chłopak po mojej lewej stronie, wszyscy tak podskoczyli że mnie prawie zgnietli ;D
No ale chociaż pierwszą walkę o setlistę mam za sobą, choć ciężko nazwać to walką, walka jest jak sobie człowiek z drugim wyrywa.


Powrót był ciężki.. odstałyśmy swoje w kolejce którą ciężko było nazwać kolejką, raczej tłokiem do szatni.
Potem jak jakieś nawiedzone zaczęłyśmy chodzić wokół hali w środku jeszcze, obejrzałyśmy jakie koszulki zostały, ja wydałam całe 7 zł za Nestea, wypiłam jednym duszkiem i ruszyłyśmy w kierunku darmowego autobusu widmo jadącego do klubu Dekompresja. Widmo z tej racji, że nie miał żadnych numerów, był tłok i każdy wyglądał na ostro nawalonego, a dziewczyny poodwalane jakby wszystkie wróciły ze strefy VIP. Nagle jakiś koleś krzyczy przechlanym głosem ze środka autobusu :
- Eeeee..dobrzy ludzie, powiedzcie mi jaki numer ma ten autobus ?
-No to chyba oczywiste, że 101- odpowiedziała z końca autobusu jakaś dziewczyna a wszyscy się zaśmiali

Pomyślałam sobie w tamtej chwili jak wielką moc jedności mają fani DM, oni nawet z takiej rzeczy się śmieją, ja się osobiście nie zaśmiałam, choć dobry żart nie jest zły..Chciałam w tamtej chwili wrócić na dworzec, wziąć słuchawki i zatonąć w swojej depresji a nie iść do klubu gdzie śmierdzi fajami, trochę potem i..nie wiem czym jeszcze.



Kiedy dojechaliśmy na miejsce po wielu tysiącach zakrętów.. ruszyliśmy zwartą grupą do klubu gdzie bawiło się już kilkadziesiąt osób. Klub ten jest położony na dziwnym zadupiu... choć koleżanka stwierdziła że tu jest pełno takich tajemniczych okolic.
Wejściówka na tę imprezę kosztowała 20zł + szatnia 2 zł. A że ja jak zwykle wybrałam się jak sójka za morze i mało kasy miałam to Marysia za mnie zapłaciła... Jak weszłyśmy były już tłumy, ale dało się przejść..impreza podobno do 6 rano miała trwać..Od razu stanęłyśmy w kolejce po piwo w której miałam wrażenie stałyśmy wieczność...na wyciągnięcie ręki byłyśmy a oni wciąż obsługiwali osoby obok. Zapłaciłyśmy po 6 zł.. zdzierstwo i sikacze. Potem usiadłyśmy na jakimś drewnianym podeście i zaczęłyśmy sączyć zimne piwko, kiedy dziewczyny już kończyły, mi nawet połowa nie zeszła i to nie chodzi o to że ja się martwiłam o siebie że na pusty żołądek czy coś, tylko..no..ekhem. nie przyzwyczajona .

Sala jak widać ze zdjęć - przyozdobiona ślicznymi malowidłami





Dziewczyny dobre, bo poczekały na mnie.. Ruszyłyśmy na parkiet i w rytm początkowo piosenek z lat 80 i grubej elektroniki zaczęłyśmy bansować,  nie śmiało, dopóki nie puścili kolejnej partii pary od której trochę się udusić można było i ludzi nie było widać...starsze hity i to co nie leci na koncertach. Atmosfera na takiej dyskotece jest nie do opisania. Jeszcze po koncercie na Narodowym mówiłam, że bardzo chciałabym wybrać się na taką dyskotekę z depeszami i zobaczyć jak oni się bawią..a bawią się świetnie bo nie są jakimiś gimnazjalistami tylko mają wszystko gdzieś i się do siebie uśmiechają i są osobami dorosłymi. Pamiętam jak tańczyłyśmy koło kolesia który przypominał Dave`a...miał metr 50 w kapeluszu ale...wow...był niezły. Dym papierosów w klubie nie był wyczuwalny bo było oddzielne pomieszczenie dla palaczy. Klub był dwupiętrowy, osobiście to lepiej bawiłam się na górze. Najbardziej ucieszyłam się kiedy poleciało z głośników Wrong...aż krzyknęłam do Marysi na cały głos że to moja ulubiona piosenka i tak się cieszę że ją tu usłyszałam.Krzyczeć trzeba było bardzo głośno bo tak muzyka była nastawiona że nic nie słyszałam prócz jej. Akurat zostało pół godziny do końca naszego pobytu w klubie. 15 minut przed naszym wyjściem zadzwonił taksówkarz że już czeka na nas więc musiałyśmy się zmywać.




Kiedy dotarłyśmy na dworzec miałyśmy jeszcze pół godziny czasu, więc poszłyśmy na dworzec bo było tam trochę cieplej ale i więcej ludzi..a za około 10 minut przyjechał nasz polski bus. Musiałyśmy się z Magdą rozstać z Marysią która jechała innym busem bo na Dw. Zach. miała po prostu bliżej...tak długo nie mogłyśmy się rozstać bo umawiałyśmy się wstępnie na taki zlot fanów tylko że w Warszawie który ma się odbyć 15 marca. Bardzoo chciałabym pójść na ten zlot..ale wiem że to już nie będzie ten sam klimat co był dzisiaj w nocy w Łodzi, bo łódzki fan club jest najbardziej znanym chyba teraz w całej Polsce..
Bolesny czas rozstania, przytuliłyśmy się i weszłyśmy do busa bo tylko my zostałyśmy na przystanku, niestety już nie było nam dane razem usiąść...całą drogę próbowałam nie zasnąć..i się udało..wyglądałam zapewne jak zombie lub dziewczynka z horrorów...wracałyśmy metrem...uściskałyśmy się z Magdą i życzyłyśmy sobie zobaczenia za 3 tygodnie. To dziwne uczucie kiedy ludzie jadą do pracy a Ty wracasz z wojaży i wyglądasz jak ostatni menel. W domu byłam o 6.30..spałam tylko 4 godziny bo czułam potrzebę wejścia do internetu i poczytania opinii od innych fanów.. i tak jak sądziłam..w większości było wszystko w porządku tylko że duchota przeszkadzała...



Także z mojej historii jak widać..to na prawdę był mój koncert życia..to nic że 5 ostatnich piosenek pamiętam jak przez mgłę..to nic że prawie chciałam zejść na ziemię i czuć się wyniesioną do jakiegoś punktu medycznego, obiecałam sobie że wystoję do końca i dałam radę.. Chłopaki wciąż w formie, choć wielokrotnie ludzie pisali, że są widać już zmęczeni..bo wczorajszym koncercie totalnie tego nie odczułam.. dlaczego? Od początku do końca byli uśmiechnięci..i nie żartuję teraz ! Najbardziej podobał mi się moment kiedy Dave wszedł na wybieg i przy I just cant get enough robił charakterystyczny ruch rękoma, wtedy też Martin szeroooko i długo się z niego śmiał to było bardzo widoczne i jakże przepiękne.

A na dziś oczywiście Behind the Wheel..niezapomniany kawałek który już zawsze będzie mi się kojarzył z Łodzią !

Enjoy
xoxo


1 komentarz:

  1. Jak fajnie się czytało <3 Powiedz mi tylko jedną rzecz, Ty miałaś bilet zwykły GC tak? Bo jeżeli tak, to jakim cudem udało Ci się być w tym 4 rzędzie? Co sie stało z tymi ludźmi od GC EE, było ich tak mało, czy zgromadzili się bardziej po środku?!
    don_guraleska

    OdpowiedzUsuń