sobota, 29 czerwca 2013

Concert - PETER DOHERTY

NARESZCIE
Wciąż nie mogę w to uwierzyć..tak późno piszę recenzję TAKIEGO WAŻNEGO KONCERTU.. bo wszystko teraz mi się strasznie na siebie nakłada.I problemy zdrowotne i szkoła i fangirlizm i rodzina..czego chcieć więcej ?
Więcej Pete`a ! Poety, artysty , aktora którego po raz pierwszy w życiu i mam nadzieję że nie ostatni, miałam okazję zobaczyć wraz z M. 24 czerwca w bardzo klimatycznym klubie KC Dunaj w Bratysławie.
Na początku, choć teraz jak o tym myślę to nie wiem JAK mogłam tak myśleć - ale trochę też zaczynałam jak M. żałować że te ponad 300 zł poszło na Pete`a. 
A teraz...powrót do przeszłości 2. Od nowa mania i psychiczne dziwne stany na niego , The Libertines i Babyshambles.  

Jednakże nie uważam żeby to był mój gig miesiąca. Wciąż niezmiennie pozostaje Rammstein. Ale od początku :)

Wyruszyłyśmy Polskim Busem o 8.15  .Od samego początku miałam stres i bóle w żołądku spowodowane ciągłymi awariami jakiś ciężarówek na drodze i korkami. Na szczęście idealnie na 8 zdążyłam.A później byłam bardzo głodna...



11 godzin w prawie ciągle pozycji siedzącej jest bardzo wykańczające i nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki tego nie przeżyłam. Oczywiście było kilka postojów na rozprostowanie kości, lecz to w sumie mało dawało.. kiedy dotarliśmy pod Czeską granicę zaczynałam już odczuwać pierwsze emocje i znów nerwy w brzuchu. A za sprawą tego iż bałam się że nawalę i moja rozrysowana mapka z dojściem do klubu niewiele da.. W Polsce przed Częstochową zaczęło padać , w Katowicach już nie a w Czechach i na Słowacji - non stop...to było strasznie depresyjne.Aż chciało się zaśpiewać I am the rain..
Z małymi okrążeniami wokół Dworca odnalazłyśmy wreszcie upragniony przystanek który był skierowany we właściwą stronę. Później nieco więcej musiałyśmy się pomęczyć..gdyby jeszcze słońce świeciło lub nie padało byłoby super. Ale łażenie i szukanie Nedbalova 3 pomiędzy kilkunastoma uliczkami było szukaniem igły w stogu siana.. No może trochę mniej. 
Niepewnie podchodzimy do pary, która prowadziła kiosk i pytam się gdzie jest ta ulica. Pani zgrabnie i jasno w swoim języku nam wyjaśniła i za chwilę z dumą patrzyłam na klimatyczny klub KC Dunaj którym się zachwycałam kilkanaście dni temu na Google Street View. To miejsce od razu zdobyło nasze serce.
Było w stylu Peterowym..trochę lumpownia w połączeniu z ekskluzywnym barem. Śmiesznie to brzmi, ale tak bym to nazwała.





Oczywiście kilka zdjęć przed klubem w ślicznej uliczce z wysokimi blokami i ruszamy dość niepewnie po schodkach do 'recepcji' gdzie paru młodych ludzi stało za ladą i wymieniali bilety na pomarańczowe opaski z napisem klubu. Byłyśmy tym faktem zawiedzione.Faktem że straciłyśmy bilet a mamy tylko opaski.

Wsiadamy do windy za ludźmi na 4 piętro gdzie wchodzimy nagle do jakiegoś baru..jak się okazało ..tam były świetne widoki na miasto i..coś w stylu krzywego telebimu na suficie z wyświetlanymi zdjęciami Petera. Niech to szlak trafił że tam nie poszłyśmy.
Pokręciłyśmy się po schodkach nie wiedząc co ze sobą zrobić. W końcu odnalazłyśmy salę w tym całym labiryncie. Oddałam torbę do szatni i usiadłyśmy przed drzwiami klubu gdzie pilnowali jej jakieś osiłki z którymi wolałam nie zaczynać. Kiedy już została godzina do rozpoczęcia, wkurzało nas to że ludzie tam po prostu wchodzą i wychodzą, a przecież jeszcze tyle czasu.Oddałam torbę do szatni która była darmowa. Kiedy ochroniarz odszedł dalej, spokojnie weszłam na salę i ku mojemu zdziwieniu ukazał się widok siedzących ludzi pod ścianami i kilkoro przed sceną .Szybko zawołałam M. i ruszyłyśmy pod scenę zająć miejscówkę.

 O dziwo.. nie było żadnych szamotanin ..bicia się o 'barierki' i miejsce przy scenie .Przed nami siedziały 2 dziewczyny. Jedna, bardzo fajnie ubrana ze specyficznym językiem. Byłyśmy przekonane że to Polka. Ale Jej ciągłe zaciąganie i 'ano, ano' nie dawało nam spokoju i stwierdziłyśmy że mieszka na jakimś pograniczu czy gdzieś w takich okolicach.

Ledwo po 22, wychodzi support. W sumie Support 1- Walter Schnitzelsson.
Oczywiście rodowity zespół , słowacki, w którym grają trzej uroczy i panowie.Rock`n roll jest bliski ich sercom. Super grali, bardzo mi się podobali .Szkoda tylko że nie widzę nigdzie czegoś do ściągnięcia bo fajnie byłoby mieć ich w odtwarzaczu. Pan grający na perkusji bardzo przypadł nam do gustu..










Niestety ale dziewczyny przed nami wstały w zaskakująco szybkim tempie i  stanęłyśmy w drugim rzędzie i miałyśmy i tak genialne widoki na wszystkich panów. Nikt nie robił zdjęć.To mnie bardzo zdziwiło. Chyba każdy aparat miał na wyczerpaniu i trzymał na gwiazdę wieczoru. Ja jednak odważyłam się i zrobiłam aż 3 zdjęcia które są totalnym niewypałem.Kiedy chłopcy zeszli ze sceny zaczęło się oczekiwanie i moja męka. Dobrze że M. nie oddała wody do szatni bo chyba musiałabym wyjść stamtąd. Niepotrzebnie jadłam tyle słodyczy i ..byłam najedzona..strasznie dziwnie mi było w brzuchu i niekomfortowo się czułam.. jeszcze wszyscy jak jeden mąż wyjęli papierosy a ja nie mogłam oddychać.Na prawdę. Na szczęście organizator zainterweniował i na chwilę przestali...NIE FAJCIĆ! Haha kocham ten język.
 Godzina się bardzo dłużyła. Jakby trwała co najmniej 4 godziny. Trochę po 23 wyskoczył na scenę Support 2 - Alan Wass który już wcześniej miał okazję gościć na koncert Petera. Myślę że bardzo by mi się spodobał gdyby nie to że cały czas myślałam o swoim brzuchu i o tym kiedy wyjdzie Pete.

Pierwszą piosenką Petera, a ostatnią Alana jak można było się tego spodziewać było Hired Gun jak zwykle perfekcyjne. Lubię tę piosenkę. Początkowa gitara Alana mnie zawsze tak bardzo powala.








Super kontakt z publicznością pozwolił nam lepiej przygotować się na przyjęcie Peter .Szczerze mówiąc nie spodziewałam że spóźni się aż godzinę.Smutne to jest .To dla mnie oznacza tylko że to jest nieszanowanie fanów. Z drugiej strony powala mnie zawsze ich wierność. Okrzyki i wołanie Petera na coś się zdały. Pojawił się z lewej strony niczym zjawa. Normalnie z podłogi wyrósł. To było dobre, bo wszyscy patrzyli penie w prawą stronę gdzie było wejście na scenę i nie spodziewaliśmy się że wyjdzie z drugiej strony.
Sam koncert był na prawdę kameralny i mega klimatyczny..większość nowych piosenek odebrałam bardzo pozytywnie.Sądzę że to były głównie Babyshambles- czyli z nowego albumu który ma się ukazać 7 września .Peter poraził swoimi oczami.włosami..poruszaniem się po scenie..choć brakowało paru typowych ruchów dla niego to koncert był magiczny i..chyba potrzebuje drugiego .Bo w tym koncercie..i nawet teraz, nie mogę uwierzyć że Go widziałam na żywo..że ten Peter...ten od listu..ten od Amy, Kate Moss i ta mordka z mojej warszawskiej karty miejskiej, dumnie kroczyła po scenie i śpiewała hity Libsów i Babyshambles.No i oczywista oczywistość - swojego Grace /Wasterlands. Tak bardzo nie mogę się doczekać nowego albumu. Wiem już dziś że będzie piękny i nie będę tym zaskoczona.


W Peterowej podróży towarzyszyła niejaka amerykańska wiolonczelistkaa Miki Beavis.
 Nie lada wyzwaniem było dogrywanie skrzypiec do specyficznych dźwięków Pete`a który zawsze zmienia coś z rytmem piosenek..





Piosenką gigu ogłaszam zdecydowanie  You`re my waterloo, gdzie Peter jej nie dokończył, gdyż złapał go dół .. dół psychiczny rzecz jasna. Może to mieć związek ze wspomnieniami i Carlem, ale przecież niekoniecznie..
Gdybym każdą piosenkę śpiewała tak jak What Katie Did- z pewnością nie mogłabym mówić przez 2 dni. Na prawdę świetnie mi wyszła i ..poza pojedynczymi słowami wyśpiewałam ją wraz z M.i słowackimi przyjaciółmi.
Piosenek których mi zabrakło ?
1. Fuck Forever
2. Last Of the english roses < nie wiem czemu się pojawia na drugim miejscu ? >
3.You Talk
4.Up the Bracket

Ta lista z pewnością wydłużyłaby się, ale porównuję sety z poprzedzających gigów i co się na nich znalazło.

Peter sam w sobie jak zwykle powalił swoją uroczą i kochaną osobowością.Dał 5 bisów. Tak to nazwałam, bo wychodził tyle razy na swój backstage podnosząc palec do góry i zwracając uwagę że zaraz wraca.
Po chwili wraca z dwoma piwami i rozlega się z sali głos-" Peter one beer, please! "
A on bez chwili wahania podchodzi do tłumu i wręcza dziewczynie piwo. Prosząc na sam koniec koncertu o autograf - również można było go otrzymać. Wystarczyło tylko stać w 1 rzędzie, mieć coś do podpisania i czym  i mieć krztę odwagi do zawołania jego imienia.Przyznam się szczerze, że był pewien moment kiedy to była w miarę cisza i Peter krzątał się po scenie a ja dusiłam sobie 2 słowa..fuck forever..zabrakło odwagi żeby krzyknąć, eh..

Mój humor momentalnie posmutniał kiedy M. zwróciła mi uwagę na ręce Pete`a które miały pełno dziur i siniaków..wnioskuję że to od strzykawek. Na szyi także miał kilka ran..Tak bardzo obawiam się o niego, gdy za bardzo intensywnie o nim myślę..

Po skończonym gigu stałyśmy jeszcze chwilę pod sceną po czym udałyśmy się w stronę toalet i szatni.Nie wiedziałyśmy w sumie co robić..czy czekać na Petera że może wyjdzie łaskawie do fanów czy kierować się w stronę dworca. Postałyśmy jednak te 40 minut przy wejściu do klubu ale na nic się to zdało.


Około godziny 2 ruszyłyśmy w deszczu w stronę Dworca. Jak się okazało to jest mega blisko i niepotrzebnie jechałyśmy do klubu autobusem.. ale to zawsze jakaś pamiątka- bilet.
 Godziny się dłużyły..zimno zaczęło mi się robić dopiero koło 7 rano..to był najgorszy czas dla mnie..co raz bliżej, ale jednak jeszcze te 3 godziny to mega długo..Ja w samym sweterku próbowałam się rozgrzewać a M. okryła się moją kurtką która choć trochę dawała ciepła. 4 ciepłe czekolady na długo nie pomogły.

Dobiegała godzina 10 kiedy miał niedługo podjechać nasz bus.Uradowane ale i tak zmarznięte i niewyspane wskoczyłyśmy od razu na siedzenia nad toaletą które można sobie rozłożyć niemalże jak do spania(btw. jak będzie okazja to już zawsze będę wybierać te miejsca ).

I cóż...na tym zakończyłabym swoją długą, ale chyba mało szczegółową recenzję na temat koncertu o którym marzyłam od kilku lat.
Wiadomo, szkoda że nie spotkałyśmy Pete`a i nie mamy z nim zdjęcia gdzie jesteśmy do niego przyklejone.
Ale ważniejsze jest to co otrzymałyśmy 2 lata temu.. ( jejku... to już 2 lata! )  list prosto z londyńskiego więzienia..jego charakter pisma...rysunek..i słowa..słowa które są bardzo ważne w takich szczególnych listach..
Oczywiście marzy mi się kolejny koncert Petera..ale teraz to bardziej Jego zespołu - Babyshambles . To kolejne moje plany które może kiedyś się spełnią.W końcu słyszałam już piosenki z nowego albumu na żywo.
Pierwszy mój  koncert Petera uważam ogólnie za.. dziwny.Bo w sumie do tej pory nie mogę sobie tego wyobrazić że..wow..widziałam go na żywo..stał momentami przede mną..machał..uśmiechał się i grał na swojej pomazanej gitarze..przelewał piwo do szklanki i palił papierosa...niedowierzanie że widzi się tak ważną osobę w swoim życiu..gdzie ma się kilkanaście zdjęć na komputerze..śledzi każdy krok życiowy i wzdycha do niego przez ekran komputera i.. ma się jego zdjęcie na karcie miejskiej :)

Drugi koncert będzie inny..już wiem jaki..nie będzie już niedowierzania że On istnieje tylko muzyka muzyka muzyka... bo..przecież skoro drugi raz  Go widzę, tzn że istnieje i mogę spokojnie skupić się na muzyce i jej przekazie a nie na tym że wow on na prawdę istnieje :)

Na dziś wieczór powinnam dać Petera...i dam,urodzinowego,  ale dam także Arktyczne smutki które powoli wlewają się jak wodospady do mojej głowy  :(

..a wszystkim Openerowiczom ( M :* będę czekać na telefon! ) którzy w tym roku zobaczą swoich ulubionych artystów życzę przede wszystkim około 24 -27 stopni ciepła..bezchmurnego nieba, zero deszczów..przyjemnego wakacyjnego wiatru i...niezapomnianych trawiastych wrażeń!

ENJOY
xoxo



Arctic Monkeys prosto z angielskiego hrabstwa Somerset czyli Glastonbury 2013



1 komentarz: