piątek, 28 grudnia 2012

Life though beautiful, so fragile is..

Nie wiedziałam jak to przetłumaczyć.Pewnie i źle to zrobiłam. Nieważne.
Życie choć piękne tak kruche jest.Jedna z piękniejszych, ale uważam że nie najpiękniejszych piosenka Golden life.Dzisiaj ,po 6 dniach wolnego w święta, powróciłam do pracy. Ciężko bo ciężko,ale nie było w sumie tak źle jak myślałam. Teresa znów mnie nakryła na tym że nie odkurzam pod łóżkami.Smutno mi  było z tego powodu.Po tym co zobaczyłam później w jednym z pokojów już nie było mi smutno.Było mi BARDZO SMUTNO I PRZYKRO.
Dzisiejszy post nazwałam tak nie bez kozery.  Kiedy już zbierałam się do wyjścia, został mi jeden pokój jeszcze do sprzątnięcia, ale pojechałam na dół bo nie wiedziałam czy ten gość zostaje czy wyjeżdża i poszłam zamienić się z koleżanką pokojami.Nasze biuro zamknięte więc idę szukać w pomieszczeniu służbowym, otwarte, lecz nikogo nie ma.Ok.idę dalej wzdłuż korytarza.Widzę jakieś czarne worki, śmieci jakiś, albo pościeli <doszłam do tego wniosku później > , więc pomyślałam że to na pewno jakiś strasznie brudny pokój był i sama kierowniczka Teresa zdecydowała się go zrobić. Nie myliłam się. Kiedy zajrzałam do pokoju od razu rzuciło mi się w oczy rozebrane łóżko, jedna plama mokra, jakby coś było prane tam przed chwilą i dużo dużych krop krwi na podłodze.Wystraszyłam się.Nie powiem że nie.Wy także byście się przestraszyli. Zajrzałam do łazienki, Teresa "myła" podłogę ."Myła" bo ją rozmazywała.Większość była we krwi. Ale tak bardzo byłam zainteresowana tym że jeszcze jeden pokój mam zrobić że nie pytałam co się stało.
Wróciłam na górę kończyć ostatni pokój , zabrałam śmiecie, chemię i idę szukać Teresy, nie było jej w pokoju 111 zakrwawionym, tylko dyrektor hotelu. Za chwilę Teresa pojawia się w drzwiach, daje mi kluczyki do biura żebym się podpisała. Poszłam do biura, podpisałam się tam gdzie miałam i pytam Teresy - dlaczego tyle krwi tam było?  Ona odpowiada- Bo żyć się pewnemu mężczyźnie odechciało.
Zamurowało mnie.Wcześniej rozmawiałam z inną koleżanką i ona powiedziała, że karetka zabrała tego gościa. Czysta rzeź.
Przez całe dzisiejsze półtorej godziny powrotu do domu, myślałam o nim.O tym jak w jednej chwili można zrujnować sobie życie. A w szczególności o tym, co ten człowiek mógł przeżywać, co przeżył, czego doświadczył,czego się dowiedział< może choroba ?> że zdecydował się na tak radykalny krok.

Podziwiam go.To na pewno.Ile człowiek musi mieć odwagi żeby coś takiego zrobić. Jednego jestem pewna- ogromnie mu teraz współczuję.Współczuję mu powrotu do szarej <dla niego > rzeczywistości. Powrotu do codziennych obowiązków, męczarni życia jaką przeżywał przed tą sytuacją. Bardzo teraz o tym myślę, nie wiem która koleżanka go zastała w tym pokoju, ale..nie wiem co ja bym zrobiła gdyby mnie przyszłoby otworzyć pokój z pewnością że nikogo tam nie ma, a tymczasem na łóżku leżałby ledwo żywy człowiek skąpany we krwi..


Wystarczy jedna chwila by zgasić je.....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz